post archiwalny
Nie wiem czy podobnie do mnie odbieracie pewną sprawę, którą zaraz spróbuję Wam przybliżyć. To dość bliski mi temat i coraz częściej dotyka mnie pośrednio i bezpośrednio.
Zapewne są takie osoby, które znacie z sąsiedztwa, telewizji, pracy, prasy albo opowieści osób trzecich. Znacie niektóre historie z ich życia. Widzieliście ich zdjęcia z wakacji. Wiecie, gdzie ich dzieci chodzą do przedszkola. Gdzie pracują ich partnerzy i co robią ich teściowie. Na pierwszy rzut wydaje Wam się, że oni mają wszystko. Na ich twarzach maluje się szczęście, bezproblemowość, beztroska. Są zdrowi i uśmiechnięci. Często są też atrakcyjni fizycznie i wydają się być nawet inteligentni. Miodzio. Telenowelistyczna wizja, jak nic!
Możliwe, że momentami chcielibyście pochodzić w ich butach. A czasami macie nawet takie myśli, aby chętnie zamienić się z nimi miejscami, bo przecież oni żyją sielanką, do której Wy tak uparcie dążycie, chociażby w myślach.
Mi też się kiedyś wydawało, że znam podobnych ludzi. Porównywałam się do nich. W każdej dziedzinie jaką sobie upatrzyłam byłam za nimi daleko w tyle. Miałam nie tylko więcej w biodrach i mniej w portfelu. Byłam po prostu gorsza. Oni mieli bielsze zęby, szybsze samochody i sprytniejsze dzieci. Wszystko przychodziło im z łatwością, podczas gdy ja wypruwałam sobie flaki, aby mieć choć namiastkę, najzwyklejszą 1/10 ich szczęścia. Bezskutecznie.
Ich małżeństwa były zgodne, teściowe zajmowały się dziećmi na zawołanie a ciocie z Hameryki bezinteresownie przesyłały paczki z darami, za które Wy dalibyście się pokroić. Idylla. Nie to co u Was.
Nuda, szara rzeczywistość i na obiad zawsze ogórkowa. A na drugie kotlety w zwykłej, mącznej panierce.
Seks zawsze po ciemku.
Na nogach bylejakie buty z marketu.
Wakacje znacie tylko z katalogów i opowieści znajomych.
A Wasze dzieci zamiast mówić w trzech językach w wieku 3 lat, to ledwo mówią „mama” po polsku, gdy drugie urodziny stukną im na liczniku.
„Słabo.”- myślicie sobie.
Do niedawna myślałam tak właśnie o sobie. Byłam w moich oczach takim zwyczajnym zwyklakiem. Człowiekiem, który widzi siebie w swoich oczach przez pryzmat bycia gorszym od innych.
Asymetryczne brwi.
Mąż wiecznie na wyjazdach.
Krzywe zęby.
Mysi kolor włosów i szafa, w której 90% ciuchów jest już na mnie za mała, albo wyglądam w nich jak w worku na ziemniaki.
Nic tylko usiąść i płakać.
Ale nastąpiła we mnie pewna zmiana, która nadal we mnie ewoluuje i staram się nie zbaczać z drogi, o której zaraz Wam opowiem.
Zorientowałam się w porę, że te idealne małżeństwa, które tak podziwiałam z daleka, nie istnieją. Ta 100% zgodność, która malowała się na ich twarzach, kiedy bacznie ich obserwowałam, to tylko pozory. Oni też się kłócą i tłuką talerze. Zupełnie jak ja.
Te ich szybkie auta to nie zabawki, które zdobywali w życiu jednym szybkim „pssstryk”, tylko albo harowali na nie latami, albo leasingowali je szukając kosztów, by utrzymać swoją firmę na powierzchni ziemi.
Te ich zdolne i bystre dzieci często albo widywały swoich zapracowanych rodziców tylko weekendami, albo też zmagały się z ciężką chorobą, którą trzymano w rodzinie z daleka od wiedzy innych.
Te ich szczupłe ciała to był efekt wieloletniego stresu spowodowanego nowotworem rodzica, który walczył o życie, albo katowali się na siłowni 5 razy w tygodniu walcząc ze swoimi kompleksami bez skutku.
Uświadomienie sobie tego, że inni też miewają pod górkę i nic nie przychodzi im z łatwością, którą ja sobie zwizualizowałam w głowie, było tym kamieniem milowym, który pomógł mi w zaprzestaniu porównywania się do innych.
Kolejnym kamieniem milowym, który mi pomógł, były otrzymywane od Was wiadomości.
Bo to one mi uświadomiły, że część z Was [obserwująca moje blogowe życie, będące tylko namiastką tego prawdziwego, którego często na blogu nie widać] też weszła w pewnego rodzaju pułapkę. Pułapkę polegającą na tym, że niektórym z Was wydaje się, że ja nie mam problemów, trosk, kompleksów, nie bywam na życiowym rozdrożu i jestem laską szczęściem i tęczą s.rającą.
I zupełnie się nie dziwię, że czasami mogę sprawiać takie wrażenie.
To miejsce w sieci nie jest 100% obrazem rzeczywistości. Za mało tutaj przestrzeni, by pisać o wszystkim. Ja natomiast nie jestem typem kobiety, która dzieli się każdym aspektem tego, co ją spotyka na co dzień.
Ten blog jest pewną wizja, którą żyję, i która pomaga mi w zachowaniu zdrowego i optymistycznego balansu, bez którego nie da się patrzeć na świat pozytywnie :-) Co więcej, poprzez to o czym piszę sama stawiam sobie cele na przyszłość i mam ochotę zarażać nimi innych.
Nie dajcie się zwieść, że jestem nimfą, która przeżywa trzykrotne orgazmy, ma tyłek bez cellulitu i czuje się panią tego świata. Jest często zupełnie odwrotnie!
„Magda, jak Ty to robisz, że tyle podróżujesz z małym dzieckiem i zawsze wyglądasz tak świeżo?”
Jak to, jak ja to robię? Robię sobie fotę wtedy, gdy wyglądam jeszcze przyzwoicie. I uwierzcie mi, że czasami mam ochotę zawrócić się z lotniska w stronę domu, gdy mój jedyny i niepowtarzalny Syn robi atak lotniskowej histerii z byle powodu. Miewam worki pod oczami. Krzyczę na moje dziecko i chodzę nierzadko w brudnych portkach. Zaciskam zęby, miewam odrosty i czasami mam ochotę w ogóle nie ruszać się z domu i siedzieć w wytartych flejowatych dresach, zajadać kolejną pajdę suchego chleba łudząc się, że nie wejdzie mi w dupsko.
„Szczęśliva, jak Ty to robisz, że jesteś taka szczupła?”
Kolejny dowód na to, że internet i zdjęcia kłamią. Ja nie jestem wcale taka szczupła, tylko staram się dobrze ustawiać do zdjęć. Nigdy do szczuplaków nie należałam i nie pamiętam, abym w ostatnim dziesięcioleciu ważyła mniej niż 62kg, nie licząc okresu, gdy stresowałam się operacją guza i odmawiałam przyjmowania większości pokarmów…
„Szczęśliva, ale masz fajnie, że tyle podróżujecie!”
Chętnie usiadłabym czasami na tyłku! Jednak gdy mojego Męża nie ma kolejny tydzień, bo pracuje akurat na jakiejś dalekiej Alasce, to ja dla zabicia czasu i z tej mojej tęsknoty wolę zwyczajnie zająć moje myśli i czas przemieszczaniem się. A wtedy czas płynie najszybciej!
„Ale Ty masz cerę, kobieto! I zawsze taka opalona!”
Zupełnie nie wiem co napisać w tej kwestii. Raczej nie pokazuję się światu bez makijażu, chyba że jestem wśród swoich! ;-) Paradoks, co nie? W sumie to dla nich powinnam być atrakcyjna, a nie dla obcych ludzi. Jaką ja mam cerę? Lekko naczynkową, mieszaną, z zaskórnikami. Czasami wyglądam jak 10 nieszczęść i „idź stąd, i nie wracaj”. Ale staram się nakładać dobrze kolorystycznie dobrany podkład, aby zamaskować to, czego u siebie nie lubię. Opalona, jestem? Hmmm. Samoopalacze są zatem doskonałą iluzją opalenizny ;-) Polecam.
„Ten Twój Ivo to taki zgodny maluch. I te jego śliczne oczka!”
Zgodny? I te śliczne oczka? Nie mogę narzekać na jego charakterek, bo bywa czasami do rany przyłóż. Ale uwierzcie mi. Czasami daje mi w kość, szczególnie swoimi sprzeciwami co 3 minuty. Jedyne na co mam ochotę wtedy, to zamknąć się w łazience i udawać kilkugodzinne obstrukcje. Wyć do księżyca i wyrywać sobie włosy z głowy. Najchętniej z telefonem w ręku, bo internet czasami bywa taką namiastką odskoczni. Iluzją poukładanego, idyllicznego świata.
„Jacy Wy jesteście szczęśliwi, zgodni i piękni!”
Z tym pozornym pięknem już chyba wyjaśniłam co nieco wcześniej. A czy jesteśmy szczęśliwi? Tak, zdecydowanie tacy jesteśmy! Ale to prawdziwe poczucie szczęścia ma mój Mąż, który jest o niebo ode mnie dojrzalszy, a ja pracuję cały czas nad tym, aby doczesność uznać za ten stan szczęślivości, a nie wiecznie dążyć do tego, czego nie mam! Ten przeklęty niedosyt w wielu dziedzinach pozbawia mnie szczęścia, a przecież powinnam zwyczajnie czasami przestać dążyć do tego czego aktualnie nie posiadam!
„Kiedy jem, nie zajmuje mnie nic poza jedzeniem. Kiedy idę, to idę, i tyle. A jeśli przyjdzie mi walczyć, jeden dzień nie będzie lepszy od drugiego, by umrzeć. Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości. Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi mnie nic więcej.
Jeśli kiedyś uda ci się trwać w teraźniejszości, staniesz się szczęśliwym człowiekiem.
Zrozumiesz, że tak jak pustynia tętni życiem, tak jak niebo jest pełne gwiazd, tak wojownicy walczą, bo jest to nieodłącznie wpisane w człowieczą dolę. I wtedy twoje życie stanie się świętem, wielkim widowiskiem, ponieważ będzie tą chwilą, którą żyjesz, żadną inną.”
A czy my jesteśmy zgodni? Dzisiaj już 3 razy miałam ochotę udusić mojego Męża, zupełnie serio! I cisnęły mi się na usta najgorsze przekleństwa, bo on kolejny raz próbował udowodnić mi swoją rację [na którą nie ma monopolu, sorry!]. I gdyby nie mój Teść, który załagodził sytuację, to dostałby w czambo kuchenną łychą!
Bo ten post jest trochę o Tobie, i w dużej części o mnie. O dziewczynie, która prawdopodobnie niczym nie różniła się od Ciebie. Za wyjątkiem tego, że … nie była Tobą!
Jakiś czas temu trafił w moje ręce cytat, który utkwił mi na dobre w głowie, i odzwierciedla dokładnie to, czym ja zajmowałam się zupełnie niepotrzebnie w poprzednich latach.
„Aby być szczęśliwym, nie należy przeglądać się w lustrze ulicy.” J.Bocheński.







