To są te chwile, które podobno nie powinny mieć miejsca a jednak się zdarzają. Niektórym nawet na myśl nie przyjdzie, żeby się schować gdzieś, żeby nikt nie widział! O bezczelni oni! Na domiar złego włączają w to swoje rodzone dzieci i szerzą patologię!
Szliśmy sobie po krakowskich Plantach z moim starszakiem. Śniegu odrobinę napadało, to młody zabrał się za skakanie po tych śniegowych kałużach doszczętnie już katując moje spodnie i zimowe buty, które chyba tylko z nazwy miały być nieprzemakalne. Tymczasem okazało się, że to ostatni już ich sezon. W butach plucha. Synu, dzięki! ;-)
Młody nabrał w dłonie śnieg i próbował zmajstrować z niego śnieżkę. Dzieci, które koło nas przechodziły, miały widać podobną fazę bo ich mamy miały podobnie jak ja uwalone spodnie, i na twarzach też już pomału nie było widać cierpliwości. Aż miałam im ochotę piąteczkę przybić, ale tylko się uśmiechałam tak nieśmiało, a one się oduśmiechały. Także kontakt nawiązany, wymiana współczucia zaliczona ;-)
Idziemy sobie w stronę ulicy Szewskiej i nagle słyszę mojego Syna:
– Ja też chcę! Ja też!
Udałam, że nie wiem, o co chodzi.
– Mamo, kupisz mi, prrroszę?!
Już czułam, że nie będzie łatwo.
– Mamo, wczoraj obiecaaaałaaaaś, przecież!
Obiecałam, fakt. A słowa obiecanego zawsze dotrzymuję.
Wiedziałam, że mam z domu nie wychodzić, bo to się znowu skończy dla mnie tragicznie!
Skręciliśmy w prawo. To tam mój syn dostrzegł ludzi będących w jakimś amoku, którego nie dało się opanować. Niecierpliwość zarysowała się na ich twarzach. Niepokój mieli wymalowany w oczach. Największe zniecierpliwienie widziałam u kobiet. Totalny odlot. Były na nieopisanym haju!
Już po mnie, myślę sobie! Nie dam rady wytrwać w postanowieniu. Wystaliśmy się swoje i … kupiłam! Miałam kupić tylko dwa, ale kupiłam sześć! Jeden dla starszaka, drugi dla juniora, trzeci dla mojego męża, a reszta do rozdania.
Usiedliśmy na mokrej ławce i mój starszak zaczął ucztę. Chłopak był w swoim żywiole!
Jak go zobaczyłam, gdy zatopił swe zęby w czeluściach tego grubaśnego, pięciuchnego, ociekającego lukrem pączka, to w mojej głowie trwała bitwa! W końcu poległam! Jak zatopiłam swoje zębiszcza, tak wpieprzyłam dwie sztuki! Na poczekaniu!
I przechodzi koło nas kobiecina w średnim wieku i słyszę:
– Musi Pani tak paluchem i na widoku? To nie można tak po prostu w domu, tylko trzeba przy ludziach?
Jak siedziałam, tak wybuchnęłam śmiechem, którego nie można było zahamować.
– Zgadza się. Muszę, po prostu muszę, bo się uduszę. Tak bezczelnie, paluchem, bez opamiętania. Czy ma pani jeszcze jakieś uwagi? – dodałam próbując być choć odrobinę poważna.
Jestem z tych niepoprawnych matek, które pozwalają jeść swoim dzieciom publicznie :D Ba, ja sama również jadam publicznie. Skąd ta „szkoła”, że jemy tylko w zaciszu domowego ogniska?
Na szczęście tylko na chwilę się zamyśliłam i … ponownie zatopiłam swoje zęby w pączulka od czasu do czasu wybierając marmoladę paluchem ze środka, bo skapywała z niego z tego swojego nadmiaru! Byłam w raju! :D
Szlag trafił dietę na chwil parę i do wieczora już poszczę, ale … Kurdę! Oj jak dobrze mi było! Bez opamiętania wsuwać tego pączka, wybierać marmoladę z kącików. Paluchem w dodatku! Cieszyć się jak dziecko, że są rzeczy cudownie dobre, które przywołują w pamięci dzieciństwo!
Ty też tak bez opamiętania, czasami paluchem, bezczelnie i na widoku? :D Niepoprawna Ty! :D







