Ten post opisuje moje doświadczenia. Zanim jednak zastosujecie się do poniższych porad, skonsultujcie się ze swoim lekarzem. Pamiętajcie, że informacje podane w internecie nigdy nie mogą zastąpić Wam wizyty lekarskiej.
Ostatnio za każdym razem gdy nasi znajomi przychodzą do nas w tygodniu w godzinach dopołudniowych, zadają nam właściwie to samo, powtarzające się już pytanie. Przyznaję bez bicia, że nudzi mnie udzielanie na nie odpowiedzi, nie będę kłamać ;-)
„Znowu Wasz starszak chory, że siedzi w domu? Nie jest w przedszkolu?”
Wiem, że wynika ono z troski a nie bycia ciekawskim. Jest to dla nich zapewne mega zastanawiające, dlaczego chłopak, który ponad roku temu zaczął chodzić do przedszkola nagle już tam się nie pokazuje, a zamiast tego spędza ten czas z rodzicami. Dlaczego nudzi mnie udzielanie odpowiedzi na to pytanie? Ponieważ, aby przekazać drugiemu człowiekowi pełny obraz naszej sytuacji, wiąże się to z bardzo szczegółowym tłumaczeniem „jak krowie na rowie”, jak wyglądał nasz ostatni rok i dlaczego podjęliśmy taką a nie inną decyzję (konsultując to z dwójką lekarzy przy okazji).
Nasz czterolatek rozpoczął edukację przedszkolną tuż przed swoimi trzecimi urodzinami. To była nasza świadoma decyzja, że nie posyłaliśmy go do placówki wcześniej. Zresztą, lektura książki „Wychowanie chłopców” Steve’a Biddulpha mnie w mojej decyzji utwierdziła. Chciałam być jak najdłużej z synem, a ponieważ moja praca dała mi możliwość łączenia jej z opieką nad dzieckiem, to z tej opcji skorzystałam. Wiem, że jest to spory komfort i niewielu rodziców może w taki sposób połączyć swoje obowiązki zawodowe z wychowywaniem dzieci.
Kiedy w lutym ubiegłego roku nasz Starszak poszedł do placówki, cudownie się zaaklimatyzował w grupie. Nie mieliśmy problemów z płaczem ani tęsknotą za rodzicami. Jednak zamiast tego już po pierwszym tygodniu dostaliśmy w gratisie infekcję z bardzo wysoką gorączką i ciężkim przebiegiem, która to infekcja zakończyła się pobytem w szpitalu. Po kilku kolejnych tygodniach i pełnym wyzdrowieniu ponownie wysłaliśmy go do przedszkola. Minęły 3 dni i po raz kolejny nasz synal wylądował w domu z gorączką, katarem i fatalnym samopoczuciem. I tak sytuacja naprzemiennych chorób i kilkudniowego pobytu w przedszkolu trwała aż do wakacji, podczas których czara ognia się przelała! Mieliśmy już tego wszystkiego dosyć i zdecydowaliśmy, że zamiast wysyłać Ivka do przedszkolnych dzieciaków, aby przechorował kolejne miesiące, to olewamy temat i chcemy w końcu cieszyć się latem. Nareszcie! I rzeczywiście mogliśmy się cieszyć latem wolnym od infekcji!
Po wakacjach nasz synal ponownie pojawił się w przedszkolu. Po kilku dniach wrócił do domu znowu chory. I wtedy miarka się przebrała. Nie tylko dlatego, że szkoda mi było posyłać go do miejsca, z którego notorycznie wraca chory i po tych częstych infekcjach wygląda jak cień samego siebie, ale również dlatego, że (do cholery jasnej, wybaczcie) zaraża swojego brata, który dopiero co się wtedy urodził! Zdaję sobie sprawę, że dziecko musi się „socjalizować” z innymi, wchodzić w interakcje, uczyć nowych rzeczy, ale czy aż takim kosztem?
Może przemilczę temat kaszlących dzieci z zielonymi gilami, które spotykałam w przedszkolnej szatni. Bo to nazbyt kontrowersyjny na tę chwilę wątek i zapewne temat na osobny post. Swoją drogą – nie miałabym sumienia zostawiać w przedszkolu dziecka ze stanem podgorączkowym. Ale nic więcej nie piszę, bo się niepotrzebnie rozkręcę…
Podczas jednej z kontrolnych wizyt u pediatry, a był wtedy październik, trafiliśmy na lekarkę, która przeprowadziła z nami bardzo szczegółowy wywiad i chyba zorientowała się, że jesteśmy wykończeni sytuacją, kiedy to non stop zderzamy się z chorobami, których końca nie widać. Z tamtej wizyty najbardziej w pamięci utkwiło mi jedno pytanie, które zadał lekarce mój mąż. A jej odpowiedź dała mi do myślenia. W wolnym tłumaczeniu mogłabym ten dialog z pamięci zapisać mniej więcej tak:
– Czy to prawda, że dziecko poprzez pobyt w przedszkolu i przechodząc liczne infekcje uodparnia się niejako na choroby, jak to wszyscy wkoło rozpowiadają, a w rezultacie będzie mniej chorować później? – zapytał mój mąż. Poruszył właśnie wtedy temat wiecznie krążącego wśród rodziców mitu mówiącego o tym, że wizyty w przedszkolu pośród innych dzieci i przechodzone infekcje uodparniają dziecko.
– Nieprawda. – odpowiedziała lekarka uprzednio dokładnie przewertowawszy naszą historią chorób sprzed 12 miesięcy.
Po chwili dodała:
– Jeśli możecie sobie Państwo na to pozwolić, to wstrzymałabym się z posyłaniem dziecka do przedszkola aż do marca-kwietnia. Wtedy już infekcji jest zdecydowanie mniej i bezpieczniej jest posyłać te dzieci, które notorycznie zarażają się od innych.
I wypowiedziała za moment zdanie, które utkwiło mi w pamięci na amen:
– Proszę pamiętać, że przebyte infekcje, osłabiają jego organizm, a NIE sprawiają, że nabywa on odporność. Nie mówię tutaj o takich chorobach jak świnka, czy różyczka (na które nabywamy trwałej odporności) a o infekcjach bakteryjnych czy wirusowych. To jeden z najczęściej powielanych mitów wśród rodziców dzieci przedszkolnych, którego należy się wystrzegać. Pamiętajcie też, że odporność kształtuje się do 8 roku życia a nawet dłużej. Nie unikniecie chorób, ale czy jest sens jeszcze je potęgować i osłabiać tego małego człowieka? Zbyt częste i poważne infekcje naprawdę osłabiają jeszcze nie do końca ukształtowany układ odpornościowy dziecka. Jeśli możecie sobie na to pozwolić, to darujcie mu te zimowe miesiące i zostawcie dziecko w domu…
I tym oto sposobem nasz czterolatek ma chwilową dyspensę od przedszkola. Pewnie w najbliższych tygodniach rozpoczniemy kolejne przedszkole próby. Oby już bardziej optymistyczne…
Modlę się tylko, żeby wszyscy rodzice wykazali się względnym rozsądkiem pozwalając swoim dzieciom chorować w domu, a nie wśród innych dzieci w przedszkolu ….







