Taka ze mnie cwaniara, że zazwyczaj najpierw się ze swoimi zaletami obnażam publicznie, a później dopiero na światło dzienne wychodzi moja prawdziwa natura, czyli te wszystkie śmierdzące grzeszki, wady i słabości. Tym razem jednak walę od razu z grubej rury i to jedną z moich flagowych przywar jaką jest wrodzony i wybitnie rozwinięty katastrofizm…
Katastrofizm, który sam z siebie na przestrzeni ostatnich kilku lat tak się u mnie rozwinął i zadomowił, że korzystam z jego „dobrodziejstw” w każdej możliwej sytuacji. Walcie do mnie śmiało, jeśli potrzebujecie jakiś dobry i chwytliwy scenariusz na dramat bądź tragedię. Nie wahajcie się ani sekundy jeśli musicie rozważyć wszelkie „przeciw” i potrzebujecie wyniuchać jakie niebezpieczeństwa mogą czychać na Wasze życie, biznesplan bądź cokolwiek innego. To ja – Magda, mogę się okazać tym, kto wyczai dla Was każde potencjalne ryzyko i ostrzeże Was przed najmniejszą i niewidzialną spadającą cegłą.
I doprawdy, nie wiem co bym zrobiła, gdyby nie mój M., który sprowadza mnie na ziemię za każdym razem, kilka razy dziennie, gdy tłukę mu o moich kolejnych wahaniach, wątpliwościach rodem z kryminału, czy też troskach, które spędzają sen z moich powiek.
Tak to ja, Matka Polka Katastrofistka, która:
- gdy poznała swojego obecnego Męża od razu zrobiła z niego szpiega, który pracuje dla amerykańskiego wywiadu, i dałaby się wtedy pokroić, że albo ją zgwałci i/lub zabije w rowie w drodze do podkrakowskiego Tyńca w pierwszy dzień albo zostawi ją jak tylko zdąży ją wykorzystać do przekazania jakichś istotnych informacji
- wczoraj w spuchniętej wardze Iventego dostrzegła gangrenę albo innego gronkowca przy czym po kilku godzinach warga powróciła do normalnych rozmiarów a chłopak albo się uderzył albo zjadł za dużo truskawek
- rozrysowałaby na poczekaniu dzienny schemat aktywności i sprowadziłaby tabun opiekunek i innych pomocy w razie swojego niedomagania z powodu złamania nogi. A na jej złamanie jakoś się nie zanosi.
- rozważa utratę pracy swojego małżonka zupełnie bezpodstawnie i pisze scenariusz na plan B i C, a sama zajęłaby się wirtualnym myciem okien u sąsiadów za pieniądze i kosiłaby z dzieckiem w nosidle trawniki na krakowskich Plantach. Czyli najpierw rodzinna tragedia a później idealny scenariusz na dramat matki uciemiężonej prozą życia. Główna rola gwarantowana.
- zastanawia się co by było, gdyby babcia miała wąsy a dziadek chodził w kapeluszu
- myśli o posiadaniu trzeciego dziecka i ma wielkie wątpliwości co do tego, czy by sobie poradziła.
- martwi się czy wystarczy na imprezie zupy dla wszystkich i robi z tego punkt programu informując przy tym Męża, niekumatego w tej kwestii Syna i ostrzega o tym także siostrę, która na stałe mieszka w Norwegii i zupełnie nie ogarnia tej imprezowej kuwety
- już na wstępie, zanim ciasto dokończy się piec, jest ono w jej myślach skazane na bycie zakalcem i zapewne dostanie piekarnikowej karłowacizny, przy czym wychodzi takie, że „palce lizać i zbierać z podłogi”
- tłucze swojemu Mężowi po raz n-ty ze łzami w oczach: „Skarbie, a co jeśli oni się na to nie zgodzą? Co my wtedy zrobimy?” Przy czym po fakcie Ci, o których mowa, łykają to jak głodny pelikan a jej wszelkie wątpliwości obnażają tylko ten jej pochrzaniony katastrofizm i całe to dupozawracanie…
- jest męczydupą straszną i węszy, że ten cały zmartwychwstały Lubovitz lub jego klon pojawi się podczas lotu, którym przyjdzie jej lecieć. Przy czym ona już rozrysowuje sobie plan działania i miejsca uderzenia łomem w kabinę, i zastanawia się jak by się pozbyła tego nikczemnika w podobnej sytuacji. Już nawet jej Teściowa [uważana przez jej Męża za Katastrofistkę no.1, jednak ostatnio zdetronizowaną przez niejaką Szczęślivą] zauważa, że ten katastrofizm u jej synowej jest za daleko posunięty i próbuje jej pomóc…
No więc [a ja tak uwielbiam zaczynać zdania od no więc ;-)] , jeśli wydaje się Wam, że także jesteście Katastrofistkami i osiągnęłyście w tej materii naprawdę wysoki pułap, to musimy umówić się na jakąś kawę, aby powymieniać się tajnikami knucia tych życiowych katastrof i potencjalnych niepowodzeń. Może ogarniemy też jakiś zacny scenariusz na dramat z wątkiem miłosnym w tle? Przy okazji założymy Klub Wsparcia dla Partnerów Katastrofistek i pomożemy im w ten sposób w ich niedoli, wesprzemy odrobinę, aby chłopaki przy nas już doszczętnie nie zwariowały ;-)
A tak zupełnie już serio, to walczę z tym martwicielstwem i katastrofizmem i zaczynam uczyć się zaprowadzać moje myśli na nieco inne tory. Zaczyna mi nawet wychodzi o ile w mediach nie pojawi się jakaś sensacja, którą przez przypadek zobaczę…
Żadna z powyższych sytuacji nie jest przypadkowa a podobieństwo imion i postaci jest prawdziwe. Niestety ;-)







