Nie zliczę sytuacji, w których osoby postronne próbowały udowodnić mi, że to one miały rację dotyczącą tego, jak wychowywać moje dziecko ;-) Ależ oczywiście, że wierzę w ich dobre intencje. Oni zapomnieli jednak, że to nie o intencje tutaj chodzi, i nie o rację.
Trzeba pamiętać o jednej bardzo ważnej sprawie, o której niestety niektórzy zapominają. Po pierwsze to rodzic ma decydujący głos we wszystkich kwestiach dotyczących wychowywania dziecka. Co więcej, jakakolwiek sporność i wyrażanie swojej dezaprobaty czy też wygłaszanie opinii nie powinno odbywać się w jego obecności. To cholernie ważne, aby tego małego człowieka nie dezorientować.
Skoro już przyjęliśmy, że to rodzic decyduje o wszystkim [rady zawsze wskazane, ale z taktem], to trzeba również zaznaczyć pewną istotną rzecz: jako osoby postronne [a do nich zaliczamy np. babcie, dziadków, ciocie, wujków czy panie przedszkolanki, a nawet panie spotykane na przystanku o zgrozo!, bo nawet te ostatnio próbowały wychowywać mnie i dziecko…] musimy wykazać się umysłem analitycznym i zanim coś dziecku zaproponujemy, to najpierw wypada skonsultować to z jego mamą albo tatą!
Nie ma to tamto, jakby to powiedział mój dziadek. Ja przestałam się już cackać z tego typu zagrywkami. Im szybciej i dosadniej [a zarazem kulturalnie] damy drugiej stronie do zrozumienia, że coś jest nie na miejscu, tym lepiej dla nas i zdrowej atmosfery w przyszłości. Nie lubię niejasnych sytuacji. Staram się być życzliwą osobą, ale moja cierpliwość ma swoje granice. Ponadto zostałam wychowania całkiem rozsądnie przez moich rodziców i wiem, że niewpieprzanie się w życie innych ze swoją „najmojszą racją” procentuje na przyszłość a także ustrzega nas przed nieprzyjemnościami.
Oto 4 sytuacje, w którym opierdziel jest gwarantowany i uzasadniony, kiedy ktoś próbuje igrać sobie z wychowaniem mojego dziecka. W sumie ciekawa jestem również na jakie zagrywki Wy nie przyzwalacie i z jakimi musicie się zderzać.
„Sorry Winnetou”, taki mamy klimat, że ja cudzym pieskom kabanosików pod nos nie podkładam i tego samego oczekuję od innych ;-)
1. Sytuacja numer jeden i jest wzięta z życia: cukiereczki & ciasteczka
Za żadną cholerę nie pozwalam, aby ktokolwiek próbował wciskać słodycze mojemu dziecku. Mój starszak to egzemplarz, który z jedzeniem regularnych posiłków miewa problemy, brakiem ochoty czy tam apetytu zwane, i każdy cukiereczek, batonik czy inne dobrotki burzą mój plan posiłków. Za każdego cukierka dawanego po kryjomu czy bez pytania daję po łapach. Co więcej, odgryzam się i następnie jeśli osobnik ze mną nie współpracujący ma rybki w ramach rewanżu im też serwuję cukierki, mentosy czy inne krówki. Na zdrowie! ;-) Oczywiście, żartuję brzydko i nigdy bym się takiego czegoś nie dopuściła, bo słodycze to trucizna dla zwierząt…
Ponadto obwieszczam wszem i wobec, że za takie rozregulowywanie posiłków moich dzieci grozi nie tylko szubienica, ale również opróżnianie nocnika przez 3 bite miesiące i zeskrobywanie gołębich odchodów z mojego tarasu.
Nie ma cukierków, koniec kropka! Słodycze istnieją w menu moich dzieci, sporadycznie co prawda, ale to dlatego, że ja tak zdecydowałam i tak jest lepiej dla ich małych brzuszków.
2. Sytuacja numer dwa i również jest z życia wzięta: czapeczka & rękawiczki
Kiedy kilka dni temu usłyszałam od pewnej osoby, której personaliów nie zdradzę, aby nie być piętnowaną ;-), że po kąpieli mojemu rocznemu dziecku należy ubrać czapeczkę, to ja myślałam, że wywinę orła i dwa salta rąbnę na poczekaniu!
Proponuję tej osobie również po kąpieli zakładać sobie czapeczkę. I w sumie rękawiczki również. Bo w ręce po kąpieli też można zmarznąć. Ba! I ciepłe reformy na dupę również, wszak węzły chłonne mamy też w okolicach pachwin. Jak robić z siebie bałwanka, to po całości, psia mać ;-)
3. Sytuacja numer trzy i z życia wzięta jak malowana! Bajeczki …
Ja nie mam nic przeciwko bajkom dla dzieci, ale uważam, że trzeba je dozować z rozsądkiem i w ogóle. Tym bardziej, że nasz logopeda zalecił maksymalne bajek ograniczanie, co jest logiczne. Ja nawet zdążyłam całą rodzinę o naszym ulogopedycznianiu poinformować i o tym bajek nieoglądaniu również, ale jak widać nie zawsze dotrze.
Otóż jak raz jeszcze usłyszę, że on może by bajeczkę oglądnął, bo takie kolorowe te bajeczki w tej telewizji i śpiewające, to ja polecam zamiast bajeczki w TV przeczytać mojemu Synowi z tuzin bajek. Jak szaleć, to szaleć! Bajeczki mój Syn ogląda na moją wyraźną zgodę, a jak otoczeniu wygodniej puścić bajeczkę, to ja może pokażę półkę z setkami książeczek dla dzieci, która aż czeka na rodzinne odkurzanie!
4. Za żadną cholerę nie zniosę podważania mojego zdania, nawet mimochodem i przez przypadek. Czyli babcie wiedzą lepiej, że jabłuszko jest zdrowsze od bananka ;-)
Sytuacja sprzed prawie trzech lat. Mój starszak jadł sobie przy stole banana, którego mu obrałam. Wtem nagle życzliwa osoba podtyka mu pod nos miskę jabłek i malin. Co zrobił mój Syn? Olał wszystkie trzy owoce, bo doszedł do wniosku, że z tego dobrobytu i mieszania mu w głowie to i on podziękuje.
Skoro ja przygotowałam mu banana, czy nie logicznym byłoby dać mu tego banana zjeść w spokoju? Kolejnym krokiem, który podejmuję w takich sytuacjach, jest wrzucenie wszystkich wymienionych wyżej owoców do rosołu i dobitne upieranie się przy tym, że rosół w takiej wersji jest zdrowy i wszystkim wyjdzie na dobre ;-)
I do zapamiętania utarty już frazes, ale jakże wymowny, który powinien zatrybić w głowach zainteresowanych ;-)
Wolnoć Tomku w swoim domku.. – Aleksander Fredro
P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :)







