3 rzeczy, dzięki którym moje dzieci PRZESTAŁY CHOROWAĆ❗💪 🧒 👦🏻

napisała 02/03/2021 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Niespełna dwa tygodnie temu dostałam maila od Czytelniczki, mojej imienniczki, w którym wręcz błagalnym tonem Magda pytała mnie, jak to mama zwykle pyta drugą mamę, co ona ma robić. Jak to określiła Magda: „witki mi już opadają, Szczesliva!”. Jej pięcioletnie bliźniaki chorują na zmianę niemalże cały rok. Wystarczy tylko, że puści swoje towarzystwo do przedszkola i może mieć pewność, że po dwóch dniach jedno z jej dzieci wróci chore, a za dwa kolejne dni już oboje będą leżeli z gorączką.

Madzia napisała:

„[…] Czy jest jeszcze dla nas jakakolwiek nadzieja?! Ja już nawet nie myślę o powrocie do mojego zawodu. Mąż non stop w delegacjach, a ja robię za pielęgniarkę. Nie chcę narzekać, ale najbardziej mi w tym wszystkim szkoda moich dzieci, które od dwóch lat siedzą w domu razem ze mną i tak sobie na zmianę chorujemy. […]”

Co prawda my nasze „maratony infekcyjne” mamy już za sobą (odpukać w niemalowane, jak to się mówi :P), ale doskonale pamiętam, jak jeszcze 3-4 lata temu mój Starszak chorował na potęgę. Infekcje górnych dróg oddechowych to była nasza codzienność.

Na myśl o jego katarze cała byłam zestresowana, bo wiedziałam, że skończy się to kaszlem w nocy, którego bałam się najbardziej. Nie jestem lekarzem, co zawsze podkreślam, dlatego tego typu pytania powinny być kierowane do pediatrów, jednak z mojej strony mogę Wam nakreślić, jak to chorowanie u nas wyglądało i co się u nas sprawdzało, a co nie. Podczas wymiany mailowej z Magdą okazało się, że dzieci Magdy mają porobione właściwie wszystkie badania, w tym testy alergologiczne. I świetnie. Uważam, że to jest niezwykle ważne, aby przegadać temat ze swoim pediatrą, by przyjrzał się tej sprawie pod kątem alergii czy pasożytów.

U dzieci Magdy testy nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Wg ich pediatry nic nie wskazuje na to, dlaczego jej smyki tak często chorują. Ot, po prostu mają jeszcze niewykształconą odporność i musi minąć pewien czas, aż ich organizm nabierze dużej odporności. Ja się zgadzam z tą teorią, że często jest tak, że czasami trzeba poczekać do 7-8 roku życia, aby odporność dziecka „dojrzała”, jak to mówi nasza pediatra. Do tego czasu organizm trenuje. Niektóre dzieci niemalże w ogóle nie chorują, a inne niestety muszą przejść swoją drogę ku większej odporności.

Moje dzieci były gdzieś po środku tej skali „chorowitości”. Od ponad roku, a właściwie to dwóch lat, ich odporność poszła zdecydowanie w górę.

Zdarza im się mieć mały katar bądź krótki epizod gorączkowy, ale mijają 1-2 dni i infekcja im mija.

Ja stawiam przede wszystkim na naturalne metody leczenia. Często posiłkuję się preparatami ziołowymi, naturalnymi, z wykorzystaniem tego, co natura nam dała i pomaga pokoleniom od lat. Mam też ten komfort, że pediatrzy, którzy zajmują się moimi dziećmi, wyznają często zasadę „im mniej tym lepiej”, a po dokładnym wywiadzie i badaniu potrafią postawić trafną diagnozę. Bardzo często zwracają mi też uwagę na to, aby kupując na własną rękę preparaty wspierające zdrowie dzieci, starać się kupować leki, jeśli jest to możliwe, gdyż one mają potwierdzoną skuteczność.

Nie przedłużając jednak chcę Wam powiedzieć, co oprócz powyższych wpłynęło na to, że moje dzieci przestały chorować. Mam nadzieję, że mój dzisiejszy post doda niektórym rodzicom wiary w to, że wkrótce będzie lepiej.

Bo będzie, kochani. :-) Przede wszystkim nie traćcie wiary i róbcie, co do Was należy.

1. Aktywność fizyczna.

Spacery są oczywiście ważną częścią dnia każdego dziecka (o ile czystość powietrza pozwala, rzecz jasna) i zapewniają one sporą dawkę ruchu, jednak w przypadków moich chłopców okazało się, że spacery to dla nich za mało. Oni potrzebowali mocniejszych bodźców niż tylko marsz czy marszobieg. I tym samym zaczęliśmy myśleć o tym, aby chodzili na treningi ogólnorozwojowe. Świetne w tej materii są: judo, zapasy, pływanie. Moi chłopcy wybrali sobie judo i pływanie. Niestraszne im bieganie boso po podłodze przez 1,5 godziny w trakcie treningu judo. Świetnie też hartują swoje ciało podczas pływania. Pozwalanie organizmowi na to, by miało styczność z różnicą temperatur pomaga ciału adoptować się do zmiennych warunków. To pozytywnie wpływa na naszą odporność.

Jeśli macie taką możliwość warto rozejrzeć się za tego typu dodatkowymi zajęciami w Waszych okolicach. Wiem, że pandemia utrudnia tego rodzaju aktywności, na szczęście u nas nie było większych przestojów w ostatnich miesiącach. Treningi judo odbywały się niemalże nieprzerwanie.

Warto pomyśleć też o odpowiedniej odzieży, która zapewni dzieciom ciepło, a jednocześnie pozwoli na właściwą termoregulację ciała i sprawi, że dziecko nie będzie „parzyło się” w odzieży podczas aktywnego spędzania czasu na świeżym powietrzu. Ja dobrą odzież outdoorową zawsze kupuję na sezonowych wyprzedażach, a czasami nawet udaje mi się coś ustrzelić w lumpeksach. :-) To wtedy satysfakcja podwójna. ;-)

2. Najpierw naturalne metody, a później jeśli zachodzi taka potrzeba, to sięgamy po „większy kaliber”.

Przemycam do posiłków warzywa i owoce jak tylko mogę. Robimy smoothie warzywno-owocowe, z dodatkiem np. miodu cząbrowego, fenkułowego czy spadziowego, i dzieci chętnie je piją. Szpinak, ananas, banan – ta mieszanka świetnie się u nas sprawdza.

W naszej diecie obecne są kasze, w tym jaglana, gryczana, jęczmienna. Na początku dzieci niechętnie je jadły, jednak z czasem bardzo je polubiły. :-)

W domu mam tłoczony na zimno sok z malin, który własnoręcznie robiłam ubiegłego lata. Dodaję go do herbat. Robiłam również sok z malin tradycyjną metodą. To źródło m.in. witaminy C.

Mam opracowany cały schemat postępowania przy przeziębieniu. Pewnie jeszcze w tym sezonie się nim z Wami podzielę, jeśli będziecie mieli ochotę. Co w nim najważniejsze, to pozwolenie ciału podwyższyć lekko temperaturę nawet jeśli oscyluje ona wokół 37.0 stopni. Mój Starszak już doskonale zna cały „nasz schemat”. ;-) Od razu zakłada wtedy dyżurny sweter, wciąga na stopy dodatkową parę skarpet. Bierze komiks do ręki i czeka na mnie, aż przyjdę do niego z „kolejnym etapem”. :D

Kiedy pojawia się stan podgorączkowy (czyli temperatura oscyluje wokół 37-37,9) w ruch idzie: liść podbiału, kwiat bzu czarnego, kwiat lipy i kora wierzby. Najlepiej w jednym preparacie i najlepiej w postaci leku. Tutaj warto sięgnąć np. po Pyrosal, który zawiera tylko naturalne składniki i nie ma konserwantów. Działa m.in. przeciwzapalnie i wspiera organizm w trakcie gorączki. Ja podaję go 3 razy dziennie, przez cały okres występowania gorączki, a gdy ona opada, to kontynuuję podawanie Pyrosalu jeszcze przez jakiś czas, zazwyczaj 2-4 dni. Pyrosal przeszedł aż 2 badania kliniczne IV fazy, co oznacza, że potwierdzone zostało nie tylko bezpieczeństwo jego podawania, ale również skuteczność, a to dla mnie jest bardzo ważne szczególnie w sytuacjach, gdy chcę pomóc dziecku jak najskuteczniej i zarazem bezpiecznie.

Naturalne składniki potrafią działać cuda. Kwiat lipy świetnie działa napotnie, pomagając podnieść delikatnie temperaturę ciała. Z kolei np. kwiat bzu czarnego ma tak szerokie spektrum działania, że warto, abyście sami o tym poczytali w wolnej chwili, jeśli jeszcze się z nim nie spotkaliście. Działa m.in. wykrztuśnie, napotnie, pomaga rozrzedzić katar, ma też działanie antywirusowe i wzmacnia błony śluzowe dróg oddechowych.

W międzyczasie przez cały dzień podaję do picia zaparzoną herbatę lipową, do której dodaję jedną łyżkę domowej roboty soku z malin.

O „złotym mleku” chyba nie muszę Wam wspominać, bo pisałam Wam o nim na blogu wielokrotnie. Kurkumina ma naprawdę wielką moc. :-)

Później w ruch idą inhalacje np. z młodymi pędami sosny, miodunka płucnik, kolejna porcja „wzmacniaczy” i po 12/24h często po katarze nie ma śladu.

3. Kiszonki

Naturalne probiotyki mają wyjątkowe działanie. Wspierają mikroflorę bakteryjną naszego organizmu, co jest niezwykle ważne dla naszego zdrowia. Jak to się mówi: odporność jest w dużej mierze właśnie w naszych jelitach. Wiem, że nie wszystkie dzieci lubią kiszonki, i wtedy słusznie posiłkujecie się gotowymi probiotykami, jednak mocno Was zachęcam do tego, aby dzieciom o każdej porze dnia zostawiać w miseczkach kiszoną kapustę czy kiszone ogórki. Jest ogromna szansa, że w pewnym momencie zaskoczą! Moje dzieci mają swoje fazy na kiszonki, i np. rok temu grymasiły na ich widok (choć chwilę wcześniej zajadały się nimi „po korek” ;P), ale od jakiegoś czasu aż im się uszy trzęsą na ich widok i smak.

Do tego domowej roboty jogurt naturalny, do którego dodaję domowej roboty sok z malin i mam jogurt owocowy jak się patrzy! :-)

Dodam jeszcze nadprogramowy, czwarty punkt do tej listy: przede wszystkim nie poddawajcie się, kochani! Ja też przeszłam swoje z chorowaniem moich dzieci i wiem, że jedyne, co nas uratuje, to spokój i niepoddawanie się w tej walce o zdrowie naszych dzieci! :-)

Ściskam!

P.S. Jeśli Facebook pokazał Wam dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu.  ❤ Możecie go też udostępnić swoim znajomym, jeśli moje sposoby na zdrowie dzieci są Wam bliskie.  

Podobne wpisy