3 rzeczy, dzięki którym moje KILOGRAMY💃 ⚖️ zaczęły iść szybko W DÓŁ⬇️❗💪 (w końcu❗)

napisała 11/01/2022 Post sponsorowany

Moją burzliwą historię związaną z walką z kilogramami wielu z Was doskonale zna. A z pewnością zna ją każdy, kto jest ze mną tutaj na blogu przez ostatnie 3 lata. ;-) Zresztą – moje zmagania z utratą wagi po ostatniej ciąży nigdy nie były żadną tajemnicą. Dlaczego dzieliłam się tym z Wami? Uznałam, że ten problem z pewnością nie dotyczy tylko mnie, potrzebowałam też wsparcia. Dostałam go od Was mnóstwo – za to bardzo Wam dziękuję!

Trzy lata temu po zrobieniu dziesiątek badań i przy wsparciu lekarzy i dietetyków bardzo szybko, bo w ciągu ok. 8 miesięcy, ubyło mi ok. 25 kilogramów.

Lekarze, pod których opieką byłam, sami byli w szoku, że poszło to tak szybko. Czułam się świetnie, choć gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to wcale tak różowo nie było.

Włosy w pewnym momencie wypadały mi garściami, moja skóra na twarzy była zapadnięta, a paznokcie przypominały pergamin. Po wydawaniu horrendalnych kwot każdego miesiąca na leki, suplementy, plasterki, i inne „wspieracze”, przyszedł czas, że moja wątroba się zbuntowała. Doszły do tego migreny, które zaczęły ścinać mnie z nóg. Minął rok od tego największego spadku wagi, a kilogramy zaczęły stopniowo wracać. W międzyczasie doszła jeszcze kontuzja nogi, która zmniejszyła moją aktywność na co dzień, i wtedy kilogramy zaczęły wracać już lawinowo. Każdego dnia nadal przyjmowałam tyle samo kalorii, co przedtem, bo ok. 1800-2000, ale wystarczyło, że odstawiłam leki, których mój organizm już nie tolerował, i wszystko, na co pracowałam poprzedni rok, poszło w cholerę (wybaczcie ten kolokwializm, ale jak wiecie – staram się zawsze nazywać rzeczy po imieniu…).

Frustracja rosła we mnie z każdym dniem. Przy okazji lekarz, pod którego opieką byłam, potroił stawkę, którą pobierał za wizytę u niego i zaczęłam w ogóle wątpić w tzw. „system”. Zaczęłam się też głośno zastanawiać, czy to normalne wg tych specjalistów, że jeśli człowiek chce schudnąć, to musi każdego miesiąca wydawać na to majątek?

I poprzez „majątek” mówię tutaj o 2-3 tysiącach każdego miesiąca na wizyty, leki, suplementy, magiczne plasterki. Jak najbardziej mam świadomość tego, że suplementacja w czasie odchudzania jest niezbędna. Ale co innego jest płacić 200-250 złotych, a co innego płacić miesięcznie 2.000, co jest jakąś abstrakcją! Ale robiłam to, bo wydawało mi się, że na szali jest moje „życie”…

Już w trakcie mojego odchudzania miałam co do tego wszystkiego wątpliwości, dlatego też nigdy oficjalnie nie napisałam na blogu, co dokładnie robiłam, że udało mi się tak dużo schudnąć. Wielu z Was myślało pewnie, że robię z tego jakąś tajemnicę. Nic bardziej mylnego. Trzymałam to dla siebie, bo gdzieś z tyłu głowy czułam, że muszę to wszystko zweryfikować. Doskonale wiedziałam, że skoro czytają mnie setki tysięcy osób, to ja muszę być pewna, że to, co polecam Wam, naprawdę u mnie działa. I miałam 100% rację.

Wiecie, co najlepiej wszystko weryfikuje? CZAS. Czas wszystko zweryfikuje. I tym razem również to zweryfikował, bez pudła.

Kiedy pod koniec wakacji robiłam podsumowanie ostatnich 3 lat mogę głośno i wyraźnie powiedzieć:

po 3 latach od mojego odchudzania wszystkie kilogramy wróciły. W dodatku wróciły z nawiązką. Czy jestem zdziwiona? Nie. Czy jestem wkurzona? Zdecydowanie tak.

Przede wszystkim jestem wkurzona na siebie za to, że liczyłam na cud, a igrałam z moim zdrowiem, przyjmując na zalecenie lekarza silne leki, które nie były obojętne dla mojego zdrowia. Nie słuchałam innych lekarzy, którzy podawali w wątpliwość tamte zalecenia. Jednak nic straconego. To była dla mnie bardzo ważna lekcja, którą odrobiłam.

Wiem jedno: nie ma diet cud, ale to wiemy już chyba wszyscy.

Nie ma leków czy suplementów, po których zażyciu waga będzie magicznie leciała na łeb na szyję. Wiem też, że najpierw należy w naszej głowie naprawić naszą relację z jedzeniem, która często jest zaburzona od naszego okresu nastoletniego. Ja już będąc nastolatką przechodziłam na diety po to, aby zadowolić moich trenerów, którzy nie mieli oporów, aby wytykać moją grubokościstość, mimo że ja nadal byłam szczupła.

Po ostatnich trudnych dla mnie dwóch latach, zaczęłam pomału zbierać siłę na walkę i zebrałam ją w końcu!

Pod koniec 2021 roku, bo już w listopadzie wprowadziłam pewne zmiany, do których długo dojrzewałam. W grudniu dorzuciłam do tego jeszcze dwie rzeczy. Jest styczeń, a ja już widzę efekty. Zmieniłam przede wszystkim myślenie – ja już nie walczę o to, aby gubić kilogramy. Ja teraz walczę o to, aby za 20-30 lat móc wchodzić po schodach bez zadyszki, by móc przebiegnąć się wzdłuż plaży bez wypruwania sobie płuc, by być sprawną. :-)

A przy okazji mogę nadmienić, że od grudnia do dzisiaj (a gdy to piszę to kończy się właśnie pierwszy tydzień stycznia) zeszłam -2,4 kg. I piszę to nie po to, aby chwalić się zrzuconymi kilogramami, bo to dla mnie nie ma większego znaczenia, czy jest to -0,5kg czy -2kg. Piszę to raczej poglądowo. Ja po prostu czuję się lżejsza ciałem i kiedy teraz mam do przejścia szybkim marszem 5 km to widzę, że jest mi lżej i na tym samym tętnie potrafię to przejść o wiele szybciej. :-) O to właśnie walczę. O tę sprawność. :-)

I widzę też, że już nie zatrzymuje mi się woda w organizmie!

A była to moja zmora, bo były jeszcze we wrześniu i październiku dni, kiedy byłam jakby opuchnięta. Myślę, że to zasługa odpowiedniej dawki ekstraktu z ziela pokrzywy i korzenia mniszka lekarskiego, który przyjmuje w jednym z preparatów. Mam też od grudnia znacznie mniejsze łaknienie wieczorami i nie rzucam się na słodycze ani słone przekąski, i myślę, że to idealnie zazębia się z tym, jak zaczęłam przyjmować preparat m.in. z wyciągiem z azjatyckiej rośliny, która się nazywa gymnema sylvestre.

Co zatem wprowadziłam do każdego dnia, że ta waga zaczęła naturalnie lecieć w dół?

1. Codziennie robię min. 10 000 kroków.

Monitoruję to za pomocą zegarka. Opaski monitorujące też się do tego sprawdzają. I bardzo tego pilnuję, aby codziennie przejść min. 10.000 kroków. To wcale nie jest tak dużo, choć dla osoby, która pracuje głównie w domu przy komputerze na początku było to sporym wyzwaniem. Przejście tylu kroków zazwyczaj oznacza spalenie ok. 400-600 kalorii. Dobry wynik.

Może być to trudne do wykonania, jeśli mamy małe dzieci bądź pogoda jest tragiczna. Ja ratuję się wtedy bieżnią mojego Męża (który potrafi przebiegnąć codziennie z uśmiechem na twarzy 15-25 kilometrów… bez komentarza :D …), ale świetnie sprawdzają się też orbitreki, steppery itd. Każda forma ruchu jest super. Ja dorzucam sobie do tego też hula-hop od czasu do czasu, ale odkąd mam na brzuchu „oponkę”, to kręcenie hulahop powiem Wam, że nie jest wcale takie proste, jak wtedy, gdy się tej oponki nie miało… :D Dlatego na razie preferuję chodzenie.

2. Codziennie wypijam min. 2,5 l wody.

Na stole stawiam codziennie rano dwie karafki wody i nie pójdę spać, dopóki tego nie wypiję. Wiadomo, że trzeba sobie to podzielić na cały dzień, bo jednorazowo nie wypiję nawet 1/5 z tej objętości. Na początku taka ilość wody to był dla mnie jakiś kosmos. Po ok. 2-3 tygodniach przyzwyczaiłam się do wypijania takiej ilości. Jeszcze nie weszło mi to w nawyk, dlatego mam ustawione przypomnienia w telefonie, aby pamiętać o piciu.

Odkąd pamiętam o odpowiednim nawodnieniu o wiele lepiej wygląda moja skóra, mam więcej energii na co dzień. W trakcie takiego szybkiego 10 km marszu (10.000-12.000 kroków), który w zależności od narzuconego tempa zajmuje mi 90-120 minut potrafię spokojnie wypić 1 litr wody. Mój organizm się wtedy tego wręcz domaga!

3. Dzień zaczynam od szklanki ciepłej wody z sokiem z cytryny.

Dodaję też plaster pomarańczy, bo mam wtedy wrażenie, że to wizualnie dodaje mi energii i takiej świeżości. :-) Smakuje też pysznie. :-) Następnie kieruję się w stronę zamrażarki i na pobudzenie skóry twarzy robię kilka ruchów ice rollerem, który trzymam zawsze w zamrażarce. Nic nie budzi mnie lepiej do życia, jak spotkania z takim chłodkiem, który w kilka sekund poprawia ukrwienie skóry.

Mija 5 minut i połykam 2 kapsułki MyBestSlim (połykam je ok. 20 minut przed śniadaniem).

Uprzedzając pytania – produkty MyBestPharm znam doskonale, bo od jesieni przyjmują je moje dzieci (moja trójca codziennie na dużej łyżce dostaje ode mnie preparat MyBestProtect na odporność, o którym pisałam tutaj). Zwróciłam na nie uwagę już kilka miesięcy temu i właściwie z każdą chwilą utwierdzam się w przekonaniu, że produkują najwyższej jakości preparaty wspierające zdrowie i na naszym przykładzie widzę, że po prostu… działają. Widać, że ktoś komponując składy naprawdę chciał zrobić to jak najlepiej, biorąc pod uwagę działanie poszczególnych składników i najnowsze doniesienia naukowe.

Oprócz MyBestSlim (ten z różową etykietą) biorę również MyBestDetox (to ten z zieloną etykietą). Te dwa produkty mają synergiczne działanie i wzajemnie się uzupełniają.

MyBestSlim biorę przed posiłkami głównymi (śniadaniem i obiadem) a MyBestDetox biorę po posiłku. Jak wiecie po moich przejściach z ostatnich lat jestem niezwykle sceptycznie nastawiona do wszelkich preparatów. Kiedy Pani Kasia zadzwoniła do mnie w listopadzie z pytaniem, czy miałabym ochotę zupełnie nie zobowiązująco spróbować ich dwóch preparatów (właśnie MyBestSlim i MyBestDetox), które wspierają organizm w czasie, gdy zależy nam na schudnięciu i oczyszczeniu organizmu w bezpieczny sposób, to na pewno dało się wyczuć „przez słuchawkę” że byłam na początku sceptyczna (albo nawet bardzo sceptyczna… :D )

Co jednak powstrzymało mnie przed odmową, to niepodważalny fakt, że ich preparat na odporność – Protect, który podaję dzieciom od jesieni, to był absolutny game-changer i mogę go polecić bez pudła. Pomyślałam jednak sobie, że w sumie nie mam nic do stracenia. Od miesiąca już wykonywałam mój plan minimum czyli robienie min. 10.000 kroków dziennie. Po miesiącu widziałam, że zaczęłam pomału odzyskiwać formę, co było optymistyczne, natomiast nadal czułam się opuchnięta i waga niespecjalnie drgała. Pierwsze efekty od przyjmowania preparatów zobaczyłam po 8 dniach (nawet sobie założyłam dzienniczek, w którym opisuję sobie moją ostatnią drogę ku zdrowiu… :P) i jak to się mówi: po 8 dniach o mało nie „wypadłam z kapci”! (wybaczcie kolejny kolokwializm :D ).

Nie chcę tutaj pisać, ile ważę i do jakiej wagi chciałabym mniej więcej dojść, bo to bez sensu. Nie chcę, abyście się tym kierowali bądź porównywali. Możecie być jednak pewni, że mam do zrzucenia znacznie więcej niż 10 kilogramów. Dlaczego jednak o mało co nie „wypadłam z kapci” po 8 dniach od przyjmowania tych dwóch preparatów?

Bo był chyba pierwszy raz od dwóch lat, kiedy po obudzeniu stanęłam przed lustrem w łazience, spojrzałam na moją twarz i zaskoczyło mnie to, że coś się w niej zmieniło. Zobaczyłam, że przestała być aż tak opuchnięta!

Weszłam na wagę (zawsze rano, zawsze bez ubrań i zawsze po wizycie w toalecie) i po chwili z niej zeszłam, bo wydawało mi się, że chyba źle na nią stanęłam, bo pokazało -1,1kg. No więc zeszłam z niej i znowu na nią weszłam …. i nie chciało być inaczej. Było -1,1kg (!). Wybaczcie, że opisuję Wam, jak ja się wtedy tym „jarałam” (że sobie pozwolę na taką nowomowę:P), ale to było dla mnie szokujące i buzia nie przestawała mi się uśmiechać! :-)

Rany, jaką to mi dało motywację! Potrzebowałam takiego kopa do działania. To mnie zmotywowało dodatkowo do nieporzucania ćwiczeń i do tego, że (kurczę no), …że widać efekty! Bez faszerowania się dziesiątkami leków, bez ważenia posiłków, co mnie doprowadzało 2-3 lata temu do rozstroju nerwowego.

I od tamtej chwili co tydzień ubywa mi między 0,2kg a 0,3kg i teraz jak to piszę, to mam na liczniku -2,4kg. Czy to dużo? Dla mnie tak! Czy to szybko? Na szczęście te kilogramy nie uciekają tak szybko jak 2-3 lata temu. Bo one równie szybko wtedy wróciły…

Jeśli szukacie preparatów, który wspierałaby Waszą drogę ku zdrowiu podczas zrzucania kilogramów, to poniżej zostawię Wam informacje dot. składników, które były dla mnie ważne i znajdziecie je w składzie preparatu MyBestSlim. Polecam Wam też (choć nie jest to bezwzględnie konieczne) uzupełnienie tego preparatu – MyBestDetox w pierwszych miesiącach zrzucania wagi. Oczyszczony Detoxem organizm lepiej reaguje na składniki MyBest Slima. Widzę u siebie, że te dwa preparaty bardzo dobrze się u mnie zgrały i na pewno będę przyjmować je razem co najmniej przez pół roku. Mam też więcej energii, wieczorami nie padam tak na twarz jak jeszcze we wrześniu czy październiku. U mnie te zmiany widzę gołym okiem i powiem Wam, że chcę, żeby one trwały i trwały. :-)

Przed świętami Pani Kasia zadzwoniła do mnie z pytaniem, jak moje samopoczucie, czy widzę jakieś zmiany. Było to niezwykle miłe. :-) Wspomniała, że jeśli będę chciała podzielić się z Wami moimi wrażeniami, to może dla Was przygotować rabat. Oto i on. :-)

KOD rabatowy to: Szczesliva10

Jest ważny przez 3 miesiące (kod nie działa z innymi promocjami).

Tutaj zostawiam Wam link do preparatu MyBestSlim a tutaj do MyBestDetox.

A w temacie składników, preparat MyBestSlim zawiera 15 naturalnych, głównie roślinnych substancji w unikalnej kompozycji, które m.in. hamują łaknienie, przyspieszają metabolizm, ułatwiają rozpad tłuszczów i pomagają w utrzymaniu prawidłowego poziomu cukru. Zerknijcie sobie na skład:

  • ostrokrzew paragwajski (czyli yerba mate, który działa termogenicznie, przyspiesza procesy metaboliczne i ułatwia redukcję zawartości tłuszczów w komórkach i przyspiesza metabolizm cukrów),
  • ekstrakt z dzikiej pomarańczy (który stymuluje termogenezę i przyspiesza procesy rozpadu tłuszczów),
  • ekstrakt z owoców garcinia cambogia (który wpływa na delikatne podwyższenie temperatury ciała, a dodatkowo przyspiesza metabolizm, sprzyja spalaniu tłuszczów i obniżaniu stężenia trójglicerydów i „złego” cholesterolu LDL we krwi korzystny dla układu krążenia),
  • ekstrakt z liści gymnema sylvestre (który wpływa korzystnie na stężenie cukrów we krwi pomagając zmniejszyć ochotę na spożycie węglowodanów, czyli kolokwialnie – nie podjadamy słodyczy)
  • ekstrakt z morszczynu (działa anty-utleniająco, przeciwstarzeniowo i ułatwia rozpad tłuszczów w komórkach. Przyspiesza też metabolizm, działa anty-cellulitowo, regenerująco i ujędrniająco na skórę),
  • ekstrakt z pestek winogron (posiada właściwości przeciwzapalne, przeciwnowotworowe i antyoksydacyjne),
  • guaranę (zmniejsza zmęczenie, przyspiesza metabolizm i pomaga w kontrolowaniu masy ciała),
  • chrom (reguluje metabolizm tłuszczów, glukozy i białek, sprzyja obniżeniu masy tłuszczowej u kobiet, a większe jego efekty widać u osób aktywnych fizycznie),
  • selen (redukuje ryzyko stanu zapalnego, regeneruje organizm podczas procesu odchudzania),
  • ekstrakt z zielonej kawy (przyspiesza przemianę materii),
  • pieprz cayenne (pobudza metabolizm tłuszczów, posiada właściwości termogeniczne oraz antyoksydacyjne, ułatwia trawienie),
  • czarny pieprz (piperyna) wpływa korzystnie na oczyszczenie organizmu z toksyn, przyspiesza trawienie, podnosi wydolność organizmu, działa także przeciwbakteryjnie.
  • L-karnityna – odpowiada za szybsze spalanie tłuszczów podczas aktywności ruchowej, czyli dodatkowy bonus dla osób choćby lekko ćwiczących, a więc warto się ruszać.

Z kolei MyBestDetox zawiera 11 egzotycznych ekstraktów roślinnych i antyoksydantów, które zapewniają wielokierunkowy detoks organizmu, oczyszczenie, którego każdy bardziej lub mniej potrzebuje, choćby oddychając zanieczyszczonym powietrzem, żyjąc w stresie lub pijąc nawet okazjonalnie alkohol. Składniki Detoxu wspierają pracę wątroby, układu pokarmowego, układu krążenia, nerek i płuc.Pomagają odzyskać balans wspierając w radzeniu sobie ze stresem i z zanieczyszczeniem środowiska.

Te dwa preparaty można kupić też razem w pakiecie (tutaj) i wychodzi wtedy jeszcze taniej.

4. Zaczęłam dodawać do czarnej kawy szczyptę pieprzu cayenne!

Pomału zmieniam moje kawowe rytuały i zamiast raczyć się o poranku białą kawą, to zamieniam ją na czarną z dodatkiem pieprzu cayenne. Rany, ale to pobudza do działania! Czasami mam wrażenie, że jest to lepsze od mojego ice rollera z rana. Bo rozgrzewa od środka i dodaje takiego powera. Kilka lat temu miałam w zwyczaju dodawać do kawy odrobinę pieprzu cayenne i kardamonu, ale porzuciłam ten rytuał. Chyba właśnie po to, by do niego ostatnio wrócić. :-)

Próbowaliście kawy z dodatkiem pieprzu cayenne? Jeszcze w czasach, gdy mieszkałam w UK, pamiętam jak moja współlokatorka wypijała codziennie rano taką kawę. Och, jak ja się jej wtedy dziwiłam. ;-) Chyba do wszystkiego trzeba po prostu dojrzeć? ;-)

5. Przestałam jeść pieczywo pszenne.

Produkty pszenne bardzo podnoszą mi cukier i ja to od dawna wiedziałam, że mi nie służą. Oczywiście, że są pyszne i nie ma nic smaczniejszego niż ciepła pszenna bułeczka prosto z piekarni! :D Ale taka bułeczka powoduje u mnie nagły skok cukru i następnie równie szybki jego spadek. I czuję się przez taką bułeczkę wykorzystana. :D

No wzięła mnie smakiem i zapachem, aby później mnie zostawić z sennością i brakiem energii. :D Takie są fakty.

Odkąd polecono mi piekarza, który raz na miesiąc robi wypieki bez mąki pszennej i wysyła swoje chleby w Polskę, odtąd staram się jeść wyłącznie takie pieczywo. Bez mąki pszennej. Na mące gryczanej, kasztanowej, ryżowej. Do koloru, do wyboru. Chlebek jest pyszny, zdrowy a ja po nim nie czuję się senna. :-) Po otrzymaniu przesyłki mrożę sobie chlebki, a później je odpiekam.

Moim planem na 2022 rok jest nauczyć się samodzielnie takie chleby wypiekać, ale długa jeszcze drogą przede mną, bo moje próby piekarnicze tego akurat rodzaju rzadko kiedy kończą się pysznym rezultatem. ;-)

Mam nadzieje, że mój dzisiejszy post dał Wam odrobinę motywacji. :-) Wiem, że droga ku zdrowiu, dobrej kondycji i sylwetce nigdy nie będzie łatwa, widzę jednak, że może ona być efektywna i przyjemna, jeśli tylko podejdziemy do niej z rozsądkiem i głową na karku. :-)

P.S. Jeśli Facebook pokazał Wam dzisiejszy post, zostawcie kciuk pod facebookowym postem. :* Podzielcie się ze mną Waszymi historiami związanymi z walką o „lepszą i zdrowszą” wersję siebie. :-)

 

Post powstał przy współpracy i wsparciu MyBestPharm.

Podobne wpisy