Zawsze uparcie twierdziłam, że albo nigdy nie będę miała dzieci, bo o rozsądnego kandydata na partnera życiowego było w moim wypadku wybitnie ciężko, albo zdecyduję się na samotne macierzyństwo grubo po trzydziestce, o ile ułożę sobie życie zawodowe i finansowe, bo to dla mnie było wtedy bardzo istotne.
Życie mnie zaskoczyło, nie będę udawać. Gdyby nie mój mąż, który zjawił się na horyzoncie, pewnie byłabym nadal starą panną na wydaniu, z trzema kotami i jednym psem, może z jakimś studiem architektonicznym, rodzicami marudzącym i dopytującymi o to, kiedy mogą się spodziewać wnuka i dorobkiem kolejnych nieudanych związków, które tylko oddalałyby mnie od wizji posiadania szczęśliwej rodziny.
Zupełnie znienacka, poznałam mojego męża, który dziwnym trafem zmienił moją wizję dotyczącą mojej mglistej i niepewnej przeszłości. Kiedy się poznaliśmy, studiowałam wtedy architekturę i urbanistykę, i jednocześnie „menadżerowałam” w jednej z krakowskich miejscówek. Miałam wtedy złudne nadzieje, że kiedyś awansuję i rozwinę skrzydła w tamtym miejscu. Łudziłam się również, że ukończę architekturę i będę kiedyś wziętym architektem aranżującym krakowski lofty :D Jak widać, żaden z tych planów nie wypalił, bo ja … piszę teraz bloga i uwielbiam to, co robię.
Wracając jednak do meritum, od którego coraz bardziej się chyba oddalałam opowiadając Wam po krótce moją historię. Kiedy związek z moim obecnym mężem kwitł, pewnego dnia mój M. napomknął coś o posiadaniu potomstwa. Trochę zbiło mnie to z tropu. No bo jak to. Ja, dwudziestokilkulatka w ciąży? A gdzie te „byznesy”, które miały by mnie doprowadzić na szczyt? Gdzie te dyplomy, którymi chwaliłabym się spacerując z moim nowonarodzonym dzieckiem, w razie gdyby ktoś mi zarzucał, że „siedzę” z dzieckiem w domu i nic sobą nie reprezentuję? Gdzie to całe zaplecze, o którym marzyłam kiedyś, że je posiądę i jako stateczna matka zdecyduję się wtedy na potomstwo? Gdzie to wszystko, o czym bębnią magazyny, w których aż roi się od matek, które najpierw zawalczyły o karierę i zdobyły pozycję, a dopiero później podjęły decyzję o macierzyństwie?
Ano tych wszystkich moich papierków, dyplomów, pozycji i biznesów wtedy nie było! Czy wahałam się, co robić? No pewnie, że tak. Trochę ten mój światopogląd został zaburzony przez pytanie mojego męża. Zastanawiałam się: „To co? Mam być finansowo zdana na męża w niemalże 100% i pozwolić sobie na to, że nagle, ot tak, zajdę w ciążę? A co z tymi przeklętymi edukacyjnymi kotyljonami zajebistości? Co z tą karierą, która mogła na mnie czekać? Mam pozwolić na to, aby mój plan sprzed lat legł w gruzach? Po godzinach samotnych rozmyślań, w pewnym momencie doszłam do wniosku, że … ja na razie pieprzę tę karierę! Miałam gdzieś tam w duchu świadomość, że od zawsze byłam niezależna finansowo i zawsze spadałam na cztery łapy. I jeśli najbliższe lata spędzę wychowując nasze dzieci, to nic nie szkodzi! Bo to będę zapewne najwspanialsze i najtrudniejsze lata mojego życia, co nie znaczy, że nie powrócę na drogę zdobywania świata, którą to drogę tak cholernie bałam się porzucić ;-) Doszłam do wniosku, że nawet jeśli przerwę to moje dążenie, aby zdobywać świat finansowy [heheszki ;-)], to nikt nie będzie w stanie zabić we mnie tej chęci dążenia do celów, które kiedyś sobie wyznaczyłam. I nie myliłam się!
Nie wiem czy wiecie, co mam na myśli. Jednak ja to ewidentnie obserwuję, że świat próbuje nam – kobietom wmówić, że jeśli zakopiemy się w pieluchy to my z tych pieluch nigdy się nie wyswobodzimy. Że stracimy tę płynność zawodową, albo stracimy tyle niesamowitych okazji! A bzdura! Nic nie stracimy! My na chwilę wstrzymujemy nasze działania, gromadzimy kapitał zwany doświadczeniem życiowym, aby … móc wziąć rozpęd i sięgać kiedyś po więcej!
Jestem doskonałym przykładem na to, że te okazje na nas wręcz czyhają po tych pieluchach! I to nie jest tak, że wraz z macierzyństwem cokolwiek z nas uchodzi. Wraz z macierzyństwem dostajemy dodatkową wrażliwość, dojrzałość, inną perspektywę na świat! Zaczynamy dostrzegać sprawy wielowymiarowo, wyobraźnia nasza pracuje na pełnych obrotach a my możemy dostać dodatkowe ładunki inspiracji dotyczące naszego życia! Czas przestać patrzeć na te pierwsze lata z dziećmi, jak na etap stagnacji zawodowej, etap nicnierobienia. Potraktujmy ten czas jako moment dojrzewania do tego, co nas może kręcić najbardziej. Zbierajmy doświadczenia, pomysły. Zapisujmy je na kartkach. Zacznijmy poznawać nasze potrzeby i konfrontujmy je z przyszłością. Kierujmy naszymi kolejnymi działaniami tak, aby współgrały z życiem rodziny. Bądźmy z siebie dumne i patrzmy na siebie jak na osoby, które mają wielokrotnie więcej życiowych doświadczeń, a co za tym potencjalnych dróg inspiracji, niż ktokolwiek inny!
Ja wcale nie mówię, że robienie kariery i układanie sobie życia najpierw jest błędem. O nie! To jest po prostu droga, która mi nie była jak widać pisana. Droga, którą świadomie obiera wiele kobiet i jest z niej zadowolonych. Macierzyństwo w wielu wypadkach może poczekać i zgodzę się z tym. Czy zawsze może poczekać? Tego nie wiem. Z tym musi każda z nas zmierzyć się osobno.
Ja chcę tylko podkreślić, że macierzyństwo wcale nie przekreśla kobiety w tym, aby rozwijać się po okresie pieluch! Często słyszę, że niektóre z nas po latach spędzonych w domu nie mogą nie odnaleźć w świecie. Ja myślę, że to kwestia braku wiary w siebie i poddania się temu, w co nas wpycha życie i co o nas mówią inni. Gdyby przyjrzeć się determinacji i kobiecej potrzebie, która pchała mnie, by szukać swojej drogi poza macierzyństwem, to ewidentnie widać, że „impossible is nothing” i że nie poddaję się tak łatwo.
„Chcieć i potrzebować” = „móc”!
Cieszę się, że dałam się mojemu mężowi przekonać do tego, aby nie czekać z macierzyństwem dekady, jak miałam w planach kiedyś. Z perspektywy czasu widzę, że dzięki pomysłowi, wierze w siebie i determinacji można wiele, nawet gdy okoliczności nie są idealne. Mogę cieszyć się moim macierzyństwem i przy okazji rozwijać się poza domem, co nie jest najłatwiejsze, ale jaką daję satysfakcję! :-)
Zdecydowanie nie żałuję, że zdecydowałam się na macierzyństwo i nie czekałam z tym, aż ogarnę się zawodowo. Zaczynam dostrzegać plusy tego, że pierwsze najtrudniejsze lata z dziećmi są już pomału za mną, a ja mam coraz więcej czasu, aby realizować swoje pomysły i mieć więcej czasu dla siebie i rodziny.
Zawsze kierowałam się pewną zasadą, którą wpoił we mnie trener tańca, która mówiła o tym, że jest wielu ludzi, którzy powiedzą nam, że czegoś nie możemy albo nie potrafimy. A my po prostu powinniśmy się odwrócić i powiedzieć:
– Mówisz, że nie dam rady? No to patrz! :-)







