2016 zbliża się wielkimi krokami. Zaczynam pomaluchnu robić bilans kończącego się roku i dochodzę do wniosku, że forsa się mnie nie trzyma. Ba, ona nie tylko się mnie nie trzyma, a przelatuje mi między palcami jak woda z kranu.
Każdego dnia mijającego roku wyrzucałam kupę siana w błoto. Małe kwoty zupełnie bezsensownie wydawałam na rzeczy, które mogłam zastąpić już istniejącymi, albo na rzeczy, które śmiało mogłam zastąpić czymś tańszym nie tracąc przy tym na jakości/doznaniach.
Pewnie jedziemy na podobnym wózku [co by mnie trochę pocieszyło, nie powiem.] A może już dawno doszłaś do wniosku, że czas się ogarnąć, bo oszczędzanie oszczędzaniem, ale gospodarne wydawanie pieniędzy to domena ludzi myślących. A ja tak bardzo chciałabym być tą myślącą jednostką ;-)
Dlatego też biorę się za siebie. Do dzieła! Czas start!
1. Koniec z jedzeniem i piciem”na trasie”.
Jeździmy rocznie tysiące km po drogach. Często żarcie, które serwują stacje benzynowe albo inne jadłodajnie przydrożne, nie ma nic wspólnego ze zdrowym jedzeniem. Ba, nie tylko jedzenie, ale i kawa tam serwowana koło prawdziwego espresso ani cappuccino nie stała. Co więcej, ja po takim jedzeniu mam wyrzuty sumienia, że zjadłam jakiś chłam, a kawy nie jestem w stanie dopić nie dosładzając jej szczodrze, a i tak zazwyczaj pół kubka wywalam do kosza.
Jeździmy często do rodziny oddalonej o 300km. A takie wizyty na autostradach kończyły się w jedną stronę rachunkiem 50 PLN co najmniej. 3 hotdogi, 2 kawy, woda, soczek, gazetka.
Taką trasę pokonujemy w ciągu roku 10-15 razy, dlatego bez tego stacyjnego jedzenia w kieszeni zostanie nam kwota 500-750 PLN. Majątek, jakby na to nie patrzeć.
W zamian za to zrobię kanapki, zapas batonów muesli [przepis tutaj: klik] i do termosu naleję kawy lub herbaty. O ile zdrowiej! Ha!
P.S. Takie batony muesli są idealne np. do samolotu, jako przekąska w trakcie lotu, bo na lotniskach ceny są 300% wyższe… Kanapek z kiełbasą nie polecam robić, bo czuć na całym pokładzie ;-)

.
2. Woda, panie!
To ile my zużywamy wody woła o pomstę! I to na każdym kroku widzę swoją głupotę. Głupotę, która z tygodnia na tydzień jest przykrywką dla niegospodarności. Poza tym, skoro wydaje mi się, że taka jestem eko, to dlaczego nie przyjrzałam się bliżej zużyciu wody jakie fundujemy sobie codziennie..
Jeśli wierzyć tym wyliczeniom, które już ktoś za mnie poczynił [klik], to rocznie moglibyśmy mieć trzy tysiaczki w kieszeni. 3 000 PLNów!
Czyli koniec z:
- przesiadywaniem Ivka pod lejącą się wodą z prysznica
- codziennymi kąpielami w wannie wypełnionej wodą i pianą po brzegi
- laniem się wody podczas mycia zębów. [To moja domena. Ten sik wody przy myciu zębiszczy wydawał mi się nieodłącznym elementem każdego spotkania ze szczoteczką do zębów, bezsens…]
- puszczaniem wody podczas robienia peelingu całego ciała, namydlania się, nakładania szamponu i odżywki do włosów. Wodę można wtedy śmiało zakręcić.
Warto sprawdzić cieknące spłuczki, zmienić krany na dotykowe [jeśli jesteśmy przed remontem łazienki], zamontować eko-przycisk w toalecie, zużywający mniejszą ilość wody.
Przychodzą Wam jeszcze jakieś pomysły do głowy? Chętnie odgapię, bo to przecież nie tylko o oszczędność chodzi ale i o naszą planetę, cholera!
3. Pieczywo – eureka!
Dopiero moja Teściowa mnie oświeciła w tym względzie, że skoro podejrzewam, że „za świeżości” nie zużyje jednak całego bochenka chleba i przeliczyłam się z jego rozmiarem podczas zakupu, to śmiało mogę go zamrozić. I to najlepiej zamrozić już pokrojony, bo szybciej będzie się rozmrażał. I ona te swoje zamrożone zbiory rozmraża w sytuacjach awaryjnych w nocy, a rano cieszy się świeżym wypiekiem. Fajny patent. Ja nigdy o tym wcześniej nie myślałam.
Co więcej, ten chleb, który nie został zużyty a jest już czerstwy, moja Teściowa suszy w kawałkach i używa jako bułki tartej bądź dodaje do pulpetów i innych. Kradnę ten patent od niej! :-) Pieczenie chleba na własną rękę też jest ogromną oszczędnością, szczególnie gdy lubimy chleby z dodatkami, jak np. mój z kiszoną kapustą [przepis – klik]
Policzyłam, że na powyższych chlebowych występkach mogłabym zaoszczędzić ok. 40-80PLNów miesięcznie, co daje mi kwotę 480-960 zł rocznie. Sporo!

4. Kosmetyki!
Zabrałam się za rozpoznawanie na rynku odpowiedników kosmetyków, na które do tej pory wydawałam kupę szmalu i wydawało mi się, że bez nich żyć nie mogę. Pewnie dobrze wiecie, jeśli czytacie mój dział Uroda, że mam totalne zafiksowanie na punkcie składów i skuteczności tego, co nakładam na twarz i ciało.
I tak, dla przykładu, zastąpiłam ostatnio serum z witaminą C za ponad 80 zł, serum o podobnym składzie i chyba nawet lepszym działaniu, a kosztuje ono 20 zł. W promocji nawet 13 złociszy! To samo z korektorem pod oczy, od którego byłam uzależniona i co drugi miesiąc szła na niego niecała stówka. Przetrzebiłam rynek kosmetyczny i znalazłam korektor, który kosztuje 16 zł i wystarcza na tak samo długo i może się poszczycić takim samym efektem. I też ma pędzelek, też jest wysuwany i też ma srebrne cieszące oko opakowanie ;)
Wizaz.pl jest doskonała kopalnią kosmetycznych składów, opinii i porównań.
Przy powyższych kosmetykach oszczędzę rocznie prawie 1000 zł! Ma-ją-tek!
5. Odgruzowanie szafy!
Jestem pewna, że jeśli tylko zajęłybyście się tymi kartonami, które macie na strychach, albo tymi dalszymi i sekretnymi półkami w szafach, na które boicie się zaglądać, to znalazłybyście skarby, które uzupełniłyby Wasze garderobiane braki.
Ja tak właśnie przedwczoraj odkryłam karton apaszek i szalików, a już mnie korciło żeby kupić sobie coś nowego. Zupełnie bez sensu. Mam w planie pozbycie się na olx-ie moich nadmiarów, na które nie mam fizycznie miejsca, ale to musi poczekać aż Teo podrośnie, bo w chwili obecnej nie ma szans na dodatkowe zajęcie, gdyż nie wyrabiam na zakrętach.
Takie olxowe sprzedaże to śmiało 500 stówek dodatkowego zarobku, a takie szafiarskie „znajdy” to kolejne oszczędzone złocisze. Bo, sorry, jak idziecie po szalik to kończycie zakupy tylko na szaliku? U mnie to raczej nie przejdzie, chyba że założono by mi takie klapy na oczy jak koniom na krakowskiej starówce…
Bilans co najmniej 500 złotowy po powyższych działaniach!
6. Ogarnięcie rachunków telefonicznych!
My już się za to wzięliśmy kilka miesięcy temu i dzięki temu do jednej sieci sprowadziliśmy niemalże całą rodzinę, z którą rozmowy były częste i długie. Hmm, bardzo długie…
W chwili obecnej za 4 numery płacimy miesięcznie niewiele ponad 100 złotych, a nie jak kiedyś kilkaset. W pakiecie mamy darmowe smsy, pakiet MB i rozmowy na tel. stacjonarne. Warto przyjrzeć się swoim potrzebom i poszukać na rynku dobrych rozwiązań.
2000 złotych rocznie piechotą nie chodzi.
7. Leki i suplementy diety!
3 miesiące temu zrobiłam totalny przesiew naszej apteczki. Wyrzuciłam pewnie z 5 kg przeterminowanych i niepotrzebnych leków i suplementów. A teraz wiem już co mam w moich zbiorach, i nie gromadzę ponad stan. Bardzo łatwo jest kupić kolejną sól morską do nosa, mimo że w domu mamy już dwie sztuki, albo kolejne pastylki na gardło, których w domu są już 3 opakowania. A to wszystko kosztuje naprawdę kupę forsy.
Co więcej, ja już mam to opracowane do perfekcji, ale sprawdzam ceny na ceneo lub allegro. Wiele aptek w Krakowie jest również ze swoimi ofertami na tych serwisach, i dzięki temu wiem gdzie kupię coś taniej. A apteki stacjonarne narzucają czasami taką marżę, że głowa puchnie. Przy kilku lekach i suplementach jesteśmy w stanie oszczędzić nawet do 50% wartości zakupów.
Rocznie oszczędzam na tego typu produktach co najmniej 500 zł.
8. Zakupy spożywcze online.
Ja to odkryłam już daaawno, ale mój M.dopiero niedawno się do tego przekonał. Mieszkańcy większych miast mają to wspaniałe udogodnienie jakim jest możliwość zrobienia zakupów online. To nie tylko oszczędność czasu [choć w naszym przypadku czas to zdecydowanie pieniądz!], ale i pieniędzy, tych które spaliłyby się wraz ze spalinami w krakowskich korkach.
Poza tym zakupy przez internet to także wspaniałe rozwiązanie dla tych, którzy mieszkają na którymś tam piętrze i nie posiadają w budynku czynnej windy ;-) I tym oto sposobem zupełnie bez większych wyrzutów sumienia [choć pamietam o napiwku dla kierowcy!] zamawiam 5 litrowe soki tłoczone i zgrzewki mleka. I nie muszę tego taszczyć na nasze piętro…
W Almie zakupy powyżej 100zł są w Krakowie bez dopłaty, a Tesco liczy sobie dodatkowe 5-8zł za dowóz towarów. To nic w porównaniu do tego ile tracilibyśmy paliwa stojąc w korku, i ile czasu zaczęlibyśmy spędzać na kłótniach w samochodzie wkurzeni, że dojazd z marketu do domu zajmuje nam prawie 2 godziny… A taki czas można śmiało wykorzystać bardziej efektywnie z rodziną.
Rocznie na paliwie i czasie spędzonych w aucie zaoszczędzimy co najmniej 1 000 PLN, a pewnie ta kwota będzie dużo wyższa.
9. Jedzenie „na mieście” a tak naprawdę to: jedzenie pizzy na mieście ;-)
Co prawda nigdy nie wydawaliśmy majątku ani nie chodziliśmy często na pizzę, ale od kiedy robię najlepszą na świecie włoską pizzę na kamieniu [o której niebawem], to przy każdej pizzy na totalnym wypasie widzę ile kasy oszczędzam, gdybym zechciała taką zamówić w krakowskim lokalu. I ponieważ za takie totalnie odjechane pizze trzeba w Krakowie zapłacić 40 dyszki, a ja robię taką za dychacza, to oszczędzam chcąc nie chcąc 30 PLNów. To sporo.
Jedna pizza na tydzień, razy 4 tygodnie, razy dwanaście miesięcy, daje nam kwotę 1320 zł. Spoooro!
10. Korekta ścieżek
Korektą ścieżek nazywam omijanie szerokim łukiem marketów/galerii, w których czają się nasze ulubione marki/sklepy. Ja przepadam w takich miejscach jak np.TX Maxx i nie moge się opanować, gdy widzę kolejne genialne talerze, garnki, lakiery do paznokci, staniki, dywaniki, buty, ozdoby świąteczne, ozdoby bez okazji… No właśnie. I tak jak kocham TK Maxx miłością bezgraniczną, bo gdy potrzebuję czegoś ciekawego, to tam najpierw uderzam. To tak samo nienawidzę, tego miejsca, bo przepuszczam tam zbyt duże kwoty. Także po tych świętach [ to dobry moment ;-)] zaczynam korektę ścieżek ;-)
Kwota zaoszczędzona: niewyobrażalnie ogromna ;-)
I tak naprawdę „z czapy” napisałam tę kwotę 10 tysięcy w tytule. Te kwoty mogą być dla każdego różne. Mniejsze bądź większe. Niestety prawidłowością jest, że im więcej zarabiamy, tym więcej wydajemy. Bo rosną nasze potrzeby. I te potrzeby niepotrzebne rownież ;-) Mam w planie wdrożyć oszczędzanie, albo inaczej: rozsądne gospodarowanie, w każdym aspekcie życia. To może tylko zaprocentować. Nie odkrywam pewnie Ameryki tym co napisała, a część z Was jest setki mil przede mną, jednak czuję, że jestem na dobrej drodze i szukam inspiracji.
A na czym Wy oszczędzacie? Kto zaczyna ze mną zmiany? Ja ich potrzebuję jak powietrza! Bo do tej pory moim hasłem przewodnim było:
„Nie lubię wydawać pieniędzy, ale gospodarka mnie potrzebuje.” ;-)







