Ten post opisuje moje doświadczenia. Zanim jednak Wy zastosujecie się do poniższych porad, konieczny jest kontakt z lekarzem. Pamiętajcie, że informacje podane w internecie nigdy nie mogą zastąpić Wam wizyty lekarskiej.
Kiedy dostałam tę wiadomość od jednej z Was, a było to dokładnie przedwczoraj, prawie zeszłam na zawał. My też przeżyliśmy kiedyś bardzo podobną sytuację z naszym pierworodnym. Ale może po kolei.
Nasz Syn miał drobne zmiany skórne, z którymi wybraliśmy się do dermatologa. Miał wtedy roczek. Jego wykwity skórne zaniepokoiły mnie. Wiecie, pierwsze dziecko. Chuchałam i dmuchałam na wszystko. Dermatolog w ogóle się sprawą nie przejął, potraktował to jak rutynowa sprawa i przepisał maść.
Poszłam do apteki, maść kupiłam. Pani aptekarka napisała na opakowaniu, jak ją należy stosować, a ja byłam cała uradowana, że nasz problem po kilku dniach zniknie. Lek, jak to lek. Lekarstwo jakich wiele. Po wieczornej kąpieli zawołałam mojego Męża i poprosiłam go o przyniesienie maści. Nałożyłam odrobinę na opuszek palca i wtedy mój M. złapał mnie za rękę. Nigdy nie wtrącał się w tego typu sprawy, ufając mi, ale tym razem coś go tknęło.
– Słuchaj, a co to jest za maść? Wiesz w ogóle, jak ją dawkować?
– No wiem. Dwa razy dziennie.
– A czytałaś ulotkę?
– No w sumie nie. Ale dawkowanie mam przecież na opakowaniu napisane odręcznie przez aptekark. O patrz, tutaj.
I w tym momencie się zaczęło! Za moment dokończę, tymczasem przytoczę Wam maila od Krystyny. Czuję się w obowiązku go opublikować, bo wiem że sezon chorobowy w pełni, i takich sytuacji może być wiele.
Krystyna napisała:
„Noc na czuwaniu… Człowiek uczy się na błędach. :(
Nigdy nie ufaj aptekarzowi. Wczoraj został mi wydany zły syrop na receptę (różnica dwóch literek w nazwie), nie zauważyłam tego w związku z czym L. zamiast syropu dla niemowlaka dostał silny syrop dla dorosłych. Nic mu na szczęście nie było, ale mógł po nim dostać silnych duszności – według lekarzy, z którymi konsultowałam się telefonicznie.
Jak się dowiedziałam? Aptekarka miała na tyle odwagi, że przyszła i się przyznała do błędu, ale co z tego, jeśli 15 minut wcześniej mój syn go dostał? Apteka to nie sklep spożywczy, równie dobrze mógłby być uczulony na któryś ze składników, albo dusić się kaszlem przez pół nocy i wylądować w szpitalu.
Idziemy do lekarza, kupujemy wypisane leki i często nie sprawdzamy, czy to właśnie ten lek przepisał nam lekarz, bo lekarz dokładnie w przypadku małych dzieci instruuje nas, jak mamy go podawać, więc ulotka jest zbędna.
Od wczoraj aptekarz i aptekarka jest dla mnie osobą bez kompetencji. Czuję też ogromny ciężar na sobie, bo wiem, że to moje dziecko i powinnam może ufać tylko sobie i wszystko sprawdzać, ale do głowy mi nie przyszło, że aptekarka może wydać zły lek, który dostępny jest wyłącznie na receptę a nazwę ma napisaną drukowanymi literami… „
Współczuję Krysi tej sytuacji. Grunt, że skończyło się na obserwacji, a nie płukaniu żołądka czy innych perypetiach…
Wrócę do naszej sytuacji sprzed dwóch lat. Wisząc tak nad naszym dzieckiem w tej łazience i czytając ulotkę tej maści, okazało się, że ten lek w ogóle nie jest przeznaczony dla małych dzieci! Czaicie? Zupełnie nie nadawał się dla dzieciaków, a człowiek, który mi go przepisał, dermatolog do jasnej cholery [!], totalnie dupie miał to, że małemu dziecku przepisał właśnie silny steryd, który powinien być podawany w ostateczności a nie w celu pozbycia się jakiejś wysypki! Zero odpowiedzialności, zero przezorności. Totalna lekarska rutyna i przepisanie leku od czapy.
Nie chcę wieszać psów ani na lekarzach ani na aptekarzach. Bo pewnie konowałów jest jak na lekarstwo, a przynajmniej mam taką cichą nadzieję! Wiem, że pomyłki się zdarzają, choć nie powinny. Jesteśmy tylko ludźmi.
Przychodzi mi do głowy tylko jedna refleksja, którą z automatu wdrażam w życie od tamtej sytuacji. Nie zdawajmy się na innych w 100%. Czytajmy, my – rodzice, ulotkę! Bo to my jesteśmy tym ostatnim ogniwem. To z naszej ręki dziecko je i dostaje leki…
1. Sprawdzajmy, czy w zakupionym opakowaniu leku, na pewno jest odpowiednie lekarstwo, bo i o takich zamianach produktów słyszałam.
2. Upewniajmy się, że lek, który przepisuje nam lekarz, nadaje się dla naszego dziecka i nie wchodzi w interakcje z innymi lekami, które nasz maluch już otrzymuje dla przykładu.
3. Jak podać dziecku lek? W jakiej ilości należy podać przepisane lekarstwo? Czy na pewno mamy w ręce odpowiedni medykament? I czy jest on dopuszczony dla dla dzieci – upewnijmy się o tym wszystkim, zanim zaaplikujemy go dziecku, a nawet sobie. Obojętnie czy jest to syrop, tabletki, czopki, antybiotyk czy spray.
Większość znanych mi lekarzy korzysta z podręcznych encyklopedii leków. Często spotkałam się z tym przy wypisywaniu recept dla mnie, jako matki karmiącej. Lekarze sprawdzają podczas wizyty informacje w internecie albo mają zainstalowane w swoim telefonie specjalne aplikacje. Wielki szacun za to, że niektórym się chce, a nie wypisuje coś na kolokwialną „pałę”. Doceniam.
Nasza w tym jednak rola jako rodzica, aby upewnić się, że dziecko dostaje prawidłowy lek. Bo jedni mogą mieć szczęście i wyłapią błąd w porę, jak mój Mąż. A dla drugich może być odrobinę za późno i trzeba będzie walczyć ze skutkami podania…
I oby tak nigdy się nie stało! Zdrowia, przede wszystkim! I ostrożności! :*







