Dla kogoś postronnego to nic. To pestka. To jak ja to nazywam „zwykłostka”. Nic szczególnego. Wielkie halo z wielkiego nic. A dla mnie to przełom! Przełom pomieszany z radością, momentami ze wzruszeniem połączony z wycieraniem policzków od kapiących ukradkiem łez.
Powiem Wam, jak wyglądały nasze ostatnie 4 lata. Postaram się nie koloryzować, nie upiększać niczego, a zarazem nie przerysowywać i nie dodawać do tych ostatnich lat ani szczypty katastrofizmu połączonego z pesymizmem.
Otóż moje (tak naprawdę to nasze) ostatnie 4 lata nie były łatwe. To znaczy dla niektórych pewnie nie byłyby w ogóle trudne, dla mnie jednak były ogromnym wyzwaniem. Wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale również organizacyjnym i psychiczno-fizycznym.
Dla tych, którzy znają mnie na blogu dość krótko, powiem tylko, że przez ostatnie lata byłam (jestem) żoną-męża, którego nie było w niektórych latach nawet pół roku. Ponieważ chłopina latał poza Polskę niemalże co miesiąc i potrafił być poza domem tygodniami, to ja chcąc nie chcąc byłam z dzieckiem/dziećmi sama. I mimo pomocy z zewnątrz, jaką sobie organizowałam, bo a to teściowa pomogła. A kiedy moja praca zaczęła pochłaniać mi nie 2 godziny dziennie a 6-8 godzin, to zorganizowałam sobie dodatkową opiekę nad dziećmi. I starałam się to wszystko jakoś godzić.
Ale bywały dni, że miałam wszystkiego dosyć.
Bo dzieci chorowały. Pracy nie ubywało. Opieka się wykruszała. Emocjonalność kobieca mnie wykańczała.
Szlag mnie trafiał, bo macierzyństwo moje wcale nie było lukrowe. Wręcz okupione było w każdym kwartale jakimś wyzwaniem, które wyżymało mnie jak starą gąbkę. Jak nie problemy z laktacją, to problemy z blizną po cięciu cesarskim, to za moment kolki, to przepuklina pępkowa, to bezsenne noce, drgawki, to szpital, to problemy z moją nieuregulowaną niedoczynnością, to siamto i sramto.
Mówię Wam, ciągle coś. Już zaczynałam wychodzić na prostą z jakimś problemem, i za moment wykluwało się coś nowego, co znowu chowało mi głowę pod powierzchnię i walczyłam o tlen. W pewnym momencie zastanawiałam się, czy kiedykolwiek przyjdzie taki tydzień, który da mi odetchnąć. Tak po prostu pozwoli mi odpocząć od tej ciągłej gonitwy o każdy kwadrans dla siebie, podczas którego będę miała święty i chociaż pozorny spokój.
Jak dziś pamiętam sytuację sprzed pół roku, która totalnie mnie zdołowała. Planowaliśmy wspólne rodzinne wakacje, które szlag trafił. A ja na te dwa tygodnie odpoczynku czekałam ostatnie cztery lata. I boom! Dupa! Nie udało się, bo mój Mąż nagle musiał nieplanowo gdzieś lecieć. Rozryczałam się jak durna. Dzieci wtedy kłóciły się znowu o jakąś zabawkę. Jeden ryczał, drugi ryczał. Ja miałam ochotę strzelić sobie w łeb. Do syta, że tak to ujmę.
I krzyknęłam wtedy w desperacji coś w stylu:
„Cholera jasna, kiedy w końcu będzie normalnie?! Kiedy ja usiądę sobie na sofie a dzieci zamiast walczyć będą się bawić? Kiedy wreszcie będzie w domu iluzoryczna cisza? Iluzoryczny spokój, który pozwolić mi pozbierać myśli zamiast kazać mi szukać samej siebie w ciągłym chaosie?!”
I wiecie co? To się stało!
To było dzisiaj przed południem. Co prawda padnięta po kolejnej bezsennej nocy (swoją drogą, nie wiem już sama, co mogę z tą ciążową bezsensowną zrobić…), usiadłam na sofie, zaczęłam gładzić się po brzuchu, bo ostatnio córa daje mi popalić i robi mi fikołki aż pod żebra i usłyszałam coś, czego nie pamiętam od dawna! Coś, o czym marzyłam i za czym tęskniłam!
Usłyszałam w środku dnia błogą CISZĘ i SPOKÓJ!
A właściwie to zorientowałam się, że od prawie godziny dwójka moich chłopców bez krzyków, bez wyrywania sobie wszystkiego, co popadnie, bez szarpaniny, bez walenia czymś o drzwi czy ścianę, w spokoju i wśród cudownego dziecięcego chichotu … BAWI SIĘ razem! Tak po prostu!
Podeszłam do ich pokoju, zaglądnęłam przez lufcik w drzwiach, a oni rozmawiali ze sobą po swojemu. Starszak gładził młodszego po głowie i tłumaczył mu jak to kilkulatek tłumaczy dwa razy młodszemu od siebie:
„I musimy być dla mamy dobzi, wieś? Nie moziemy się kłócić i bić, bo mama się wtedy denelwuje. A mama nie mozie się denelwować, do siostsycka w brzusku też będzie się denelwowała. Lozumiesz to Teodol?
„Tak.”
„To dobzie, Teodol. Musimy się wspielać, wiesz?”
„Tak.” – odparł Teodor.
A ja tak jak stałam przy tych drzwiach ukradkiem, tak się rozpłakałam. Tak po cichu, żeby nikt nie widział. Żeby nikt się nie zorientował.
No więc mam w domu największe szczęście. Tylko musiałam sobie na tę wyczekane chwilę cierpliwie zasłużyć.
Doczekałam się chwili, w której mogę spokojnie patrzeć na nich, jak się wspierają. Jak ze sobą rozmawiają. Jak przecierają wspólne szlaki i wymieniają się myślami. Mam kochane dzieci. Dzieci, które dojrzewają w swoim i właściwym dla siebie tempie i rozumieją więcej niż mi się wydaje!
Tak naprawdę, to mamy szczęście u naszych stóp, tylko często nie potrafimy jego dostrzec…







