5.45 – Nie wierzę. Normalnie nie wierzę! Musi mi się to śnić, że moje dziecko otworzyło oczy. Spoglądam na telefon. Tak, nie ma nawet magicznej szóstej, o której to zaczyna się dzień a kończy noc. Mam pełne prawo opowiadać wszystkim w ciągu dnia, że dziecko obudziło się w środku nocy. Mam prawo być zmęczona. Cały dzień będę narzekać.
5.50 – To poranne marudzenie doprowadzi mnie do szału. Znowu ja. Znowu ja muszę wstać. Nikomu nie podam tej sztafetowej, pobudkowej pałeczki. Mąż za oceanem. Jestem tylko ja i On. Mój kochany, jedyny w swoim rodzaju, piękny i mądry, a także każdego poranka cholernie MA-RU-DZĄ-CY Syn. Szukam w pościeli gumki do włosów, którą gubię każdej nocy. Znalazłam. Okręcam ją wokół moich włosów, które ułożyły się na głowie na kształt upierzenia starej, co najmniej dwudziestoletniej, plastykowej lalki. Gniazdo goni gniazdo. „You know what I mean” … Wstałam. Zachwiałam się lekko. Poprawiłam bluzkę. Tak, jestem matką karmiącą. Lewa pierś wyszła zza dekoltu. A może to mój Syn ją „wyszedł„? Nieważne. Schowałam ją.
6.00 – Po kilkuminutowych poszukiwaniach tabletki na niedoczynność tarczycy, którą należy połknąć na czczo, połykam ją i popijam odrobiną wody. Przez przeklęte pół godziny nie mogę teraz nic jeść. Mam już głodową dziurę w brzuchu. Powoli robi mi się dziura na plecach. Młodemu pielucha wisi już do kolan. Zdecydowałam, że zlituję się nad nim. Biedny, chodzi z tym pampersowym zbiornikiem i zupełnie nie rozumie dlaczego jest on taki ciężki. Nocnikowanie średnio nam wychodzi. A średnio dlatego, że zwyczajnie go nie praktykujemy. Synu. Do Twojej 18-stki obiecuję, że się tym zajmę.
6.20 – Z uwagi na głodową dziurę, która pojawiła się na moich plecach, udaję że nie wiem, że minęło dopiero dwadzieścia minut od połknięcia tabletki. Sięgam do lodówki po zimną parówkę. Niemalże połykam ją w całości. Młody wisi mi już z nudów na prawym kolanie [CYK. Robię fotę na INSTAGRAM i podpisuję ją, jak to moje dziecko z radością tuli się do mnie każdego ranka…]. Zabawki już go nie kręcą. Daję mu do ręki swój telefon. Na odczepnego. Powoli zaczynam kontaktować. Krew napływa mi tam gdzie trzeba. Zabieram telefon. Cholera, ogarniam sytuację. Jaki sens ma dawanie dziecku przedmiotu, a następnie zabieranie go jemu? Tłumaczę to wczesną porą. Więcej tak nie zrobię, opamiętuję się.
6.30 – Przytulamy się. Wrzucamy klocki do sortera. Wyciągamy je z sortera. Ponownie wrzucamy i wyciągamy. Po hebernastym razie moje dziecko wydaje się być znudzone tą czynnością. Ja też, ale mogę to zameldować koniowi na Helu.
6.40 – Kaszka. Truskawkowa kaszka z rana jak śmietana! Włączam Peppę i lecimy z koksem. Łyżka za łyżką. Peppa i jej little brother George właśnie wybierają się z rodzicami na camping. Tym to dobrzeee! Nabieram ostatnią łyżkę kaszki i węszę opór. Lewa ręka mojego Synapokazuje mi, że małe moje szanse na wpakowanie mu łyżki do buzi. Czekam minutę. Cierpliwie. Peppa właśnie chichra się i pokazuje Georgowi jak robi bańki mydlane. W tym właśnie momencie sprytnie wkładam ostatnią łyżkę do dzioba mojego kochanego synala. Większość kaszki została zjedzona. Mniejszość wepchał sobie przy okazji do nosa.
7.00 – Łapię w locie chaotyczne myśli – hmm może napiszę dzisiaj na blogu o tym, że mam już wszystkiego dosyć? Nieee. To już było w zeszłym tygodniu u X. To może zanalizuję zachowania dzieci w publicznych toaletach? Nieee. Y już zrobiła dwa tygodnie temu całe zestawienie i studium przypadku. Ehh. W takim razie napiszę o niczym. Czyli może o tym jak wygląda poranek blogerki parentingowej? Okay, to co prawda nudne, ale przynajmniej się wyżyję i odbiję sobie to całe niewyspanie.
7.15 – Skończyłam łapanie myśli. Młody zniknął mi z pola widzenia. Słyszę odkręconą wodę. To jest pewniak, że włączył chłopak wodę w bidecie i liże sobie ręce. Nasz poranny standardzik.
7.20 – Przebrałam Młodziaka. Mokry od stóp do głów. Zadowolony. Mój kochany wodnik szuwarek.
7.30 – Wartałoby zarzucić na siebie jakieś bardziej wyjściowe wdzianko. Dzisiaj do atrakcji dnia zaliczam przyjazd kuriera z dostawą bepanthenu i wit.D. Przez 15 minut szukam stanika. Przez drugi kwadrans szukam majtek. Dobija godzina 8.00 a ja nie mam jeszcze na sobie żadnych spodni.
8.00 – Dzwonek do drzwi. Pewnie kurier – pomyślałam. Otóż, pudło. Nie kurier, a sąsiad z dołu z prośbą o zmielenie 1kg kawy. To tylko sąsiad a ja wystrojona jak stróż w Boże Ciało. Pikuś. Uwielbiam mielić kawę. A 1kg kawy to już w ogóle. A nowy post na blogu sam się nie napisze…
8.30 – Zmieliłam kawę. Młody wisi mi już u nogawki tak nisko, że portki ledwo trzymają się moich czterech liter. Włączamy muzę. Tańczymy. On już jest w swoim świecie. Popycha mnie w róg pokoju i każe tam zostać. Nie narzekam. W międzyczasie nadrabiam zaległości na ulubionych blogach. Kolejność przypadkowa: Facebook, Bloglovin, Instagram. Tym to dobrzeee. Połowa z nich nad morzem. Druga połowa je na śniadanie rarytasy niczym Królowa Elżbieta. Wiedziałam, że blogerkom to się powodzi ;-) Dostałam klockiem w tył głowy. Czas zareagować.
9.00 – Synku, a może poczytamy coś? Tiaaaa. Będzie mi Syn chyba czytał streszczenia, bo do książek to on nie jest do końca przekonany. Właśnie wepchnął dwie książki za sofę i… otrzepał sobie ręce!
9.30 – A może jogurcik? To jest numer sezonu. Iventy jogurty ubóstwia. Znajdziecie je w hurtowych ilościach w naszej lodówce. I na dywanie.
10.00 – Lewą ręką stukam w klawiaturę, prawą odkurzam całe mieszkanie. On też odkurza. On odkurza paprochy z podłogi i wkłada je do buzi. Zawsze trafia. Z jedzeniem o wiele rzadziej trafia do buzi – ciekawe, prawda? Teraz prawą ręką stukam w klawiaturę a lewa wkłada pranie do pralki, prasuje, wypakowuje zmywarkę i wynosi śmieci. To się nazywa mutlitasking! Ponownie zmieniam ręce : tym razem lewa odpoczywa a prawa szoruje buzię Młodziaka.
11.30 – Ubieramy się na spacer. Prawą ręką powiadamiam serwisy społecznościowe o nowym wpisie, lewą zmieniam pieluchę. Mam to opanowane do perfekcji.
ciąg dalszy nastąpi …







