Przed każdym wylotem mojego Męża szlag mnie trafia. Mniej więcej na tydzień przed jego podróżą, mam ochotę strzelić sobie w łeb.
Te kilka dni poprzedzających jego ponowny start w świat, to jest walka z czasem. Sprężamy się wtedy na maxa, ogarniamy jak najwięcej, aby nie zostawić mnie tutaj z poligonem usterek i innych tego typu rzeczy. Nie znoszę tej gonitwy, ale chyba zaczynam się do niej przyzwyczajać, bo to jest taki nasz klasyk przedwylotowy.
Ja jednak dzisiaj nie o tym! Jest coś, co mnie zawsze zastanawia. Całe szczęście, że mam na to świadków, bo inaczej mój mężczyzna za cholerę by mi nie uwierzył! ;-) On totalnie, ale to zupełnie o tym nie wie. Otóż, gdy mój facet wylatuje, to dziwnym trafem ze względnie narzekającej kobiety, która walczy z codziennością, zamieniam się w heroskę, która wszystko ma w małym paluszku!
Rozumiecie, co mam na myśli? Przestawiam się z trybu 2+2 i wchodzę w tryb 1+2, czyli ja sama i dwóch kochanych małych dżentelmenów, którzy dają mi co prawda w dupę, ale ja nic sobie z tego nie robię. To znaczy, oczywiście że padam na pysk po każdym dniu i szukam osobistych baterii awaryjnych. Jednak nasze mieszkanie dziwnym trafem jest czyste, obiad mam momentami nawet dwudaniowy, obowiązki związane z pracą idą mi jakoś sprawniej i w ogóle mogłabym wymieniać bez końca! Przeklęty paradoks, co nie? W momencie, kiedy on wylatuje, dostaję jakiegoś motorku napędowego i wiem, że jeśli nie ja, to Pani Kazia z rybnego za cholerę nie zrobi niczego za mnie ;-)
Mam wrażenie, że te jego wyloty hartują mnie niejako i hamują moje pewnego rodzaju życiowe rozmemłanie. Wiecie, co mam na myśli? Po prostu wiem, że moje bolączki mogę zameldować koniowi na Helu, dlatego sprężam dupę. Wszystko robię z zegarkiem w ręku, zagryzam zęby i taranuję rzeczywistość.
Robię się mega wielozadaniowcem. Wydaje mi się, że ten czas, gdy jesteśmy całą czwórką, trochę mnie jakby rozleniwia albo może wtedy odpoczywam? Wiem zwyczajnie, że część obowiązków mogę powierzyć mężowi i właściwie nie mam skrupułów, aby zawalić go wszystkim, co dla mnie niewygodne ;-) To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, to wszystko w granicach rozsądku, ale wychodzę z założenia, że ten czas, podczas którego byłam sama tak mnie wytrawia, że muszę dokonać regeneracji! I bez przerzucenia części spraw na niego po jego przylocie, to ja nie wyrobię ani psychicznie ani fizycznie.
Jest coś takiego, że gdy mój M. wyjeżdża na 3 tygodnie, to nastawiam organizm na 3 tygodnie harówki, jak na dwa tygodnie, to wiem, że muszę dać radę 14 dni bez niego. Choćby kolokwialne skały srały a gołębie za oknem ogniem ziały, muszę! Pisząc wcześniej o „harówce” wiem, że jest ona nieporównywalna z tą, którą mają mamy samotnie wychowujące dzieci, posiadające dzieci niepełnosprawne albo żony marynarzy. Dziewczyny, jesteście wielkie. Ogromny szacunek i podziw we mnie budzicie.
Wracają do tematu – tak, to jest zdecydowanie ta niesamowita rzecz, o której nawet niedawno rozmawiałam z dwiema dziewczynami, i o której mój mąż nie wie. On myśli zapewne, że miewam pod górkę, gdy go nie ma, ale w końcu taka moja rola. On też zapierdziela, żeby nie było.
Do czego zmierzam – my kobiety naprawdę mamy piekielną moc, którą mamy potencjał wykorzystać, gdy zostajemy na posterunku same. To też nie jest tak, że to zapierdzielanie nie zostawia na nas śladów. Okres napięcia, takiej życiowej i „odpowiedzialnościowej spiny”, w którym niewątpliwie jestem na przykład teraz, daje w kość i na bank zostawia po sobie rysy.
Ja tylko chcę podkreślić, że jesteśmy niesamowite, bez dwóch zdań. To nie to, że chcę łechtać moje i Wasze ego. Ja to po prostu wiem, że nikt nam nie podskoczy. Musimy znać swoją siłę i wartość, aby móc stawiać czoło codzienności. Tak bezpardonowo taranować rzeczywistość i sięgać po swoje. Uczę się tego od jakiegoś czasu i wychodzi mi to na dobre. Każdego dnia powtarzam sobie:
„Laska, robisz naprawdę dobrą robotę. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek będzie to próbował kwestionować, to na dzień dobry wysyłasz go na bambus. „
Mam też poczucie, że znam swoją wartość. Że to nie ma znaczenia, czy zajmuję się w domu dziećmi czy dodatkowo pracuję. Większość kobiet, jakie znam, daje z siebie wszystko, cokolwiek robi. Bo to nie jest ważne, czy mamy jedno dziecko, męża zagranicą i poświęciłyśmy się macierzyństwu. Czy też mamy czwórkę dzieci i ogarniamy dom i rodzinę na codzień, czy też mamy piątkę dzieci, pracę na etacie i cztery chomiki. To nie jest ważne. Zawsze dajemy z siebie wszystko, tyle w temacie!
Tak właśnie. To jest ta cholernie tajemna moc, która aktywuje się we mnie, gdy jestem sama z dziećmi i napierdzielam szczęściem, zagryzam zęby i lubię to. Lubię to również dlatego, że mam świadomość, że przyjdzie okres luźniejszy i wtedy to sobie niejako odbiję.
Dziewczyny, za nasze moce!
Duża piona! :*







