Kobieta nie jest niezniszczalna.

napisała 08/12/2015 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Przyjęło się, że my – kobiety, zniesiemy wszystko. Że na klatę weźmiemy co tylko stanie na naszej drodze. Że mimo tych wszystkich przeklętych przeciwności damy sobie ze wszystkim radę. Ba, śpiewająco sobie poradzimy. Że niestraszne nam te szlaki pod górkę, a łzy ocieramy za chwilę pojawiającym się uśmiechem.

Ba. Przyjęło się również, że mamy jakieś siły nadprzyrodzone i potrafimy poradzić sobie z deficytem snu, z niejedzeniem i niedopijaniem, a zimna kawa podobno smakuje nam nawet lepiej niż ciepła. Że chodzenie w tych wyświechtanych dresach jest szczytem naszych marzeń, i tak naprawdę to lubimy myć głowę co tydzień i chodzić z wymiętym kikutem.

W ogóle przyjęło się również, że jesteśmy silniejsze od mężczyzn. Nie tylko psychicznie ale i fizycznie. Że co to dla nas, wnoszenie wózka na piąte piętro, i że nic nie robimy sobie z chorych dzieci, gdy same mamy gorączkę. My to z palcem w tyłku ogarniamy, przecież. Bo kto jak nie my – tak zwykło się mawiać.

Trochę ponarzekamy, ale szybko nam przejdzie. W końcu stworzone jesteśmy do tych wyczynów. To również się tak zgrabnie w naszym społeczeństwie przyjęło. Już same zaczęłyśmy wierzyć w to, że tak być musi i taki nasz los – matek, żeby z okopów wychodzić o własnych siłach o każdej porze dnia i nocy. Bez pomocy i bez koła ratunkowego. Doszłyśmy do wniosku, że nikt nam nie pomoże, tylko my same. Niczym Ateny, Gaie i Afrodyty musimy zabawiać całe towarzystwo: walczyć o zadowolenie wszystkich zebranych, być zawsze usłużną, posłuszną i ciepłą matką a także piękną i ociekającą seksem partnerką. W końcu, znowu powiemy: „Bo kto, jak nie my?”

I wiecie co? Nie słyszałam gorszych banałów. Nie słyszałam gorszego rzępolenia na temat tego, gdzie nasze miejsce, jakie to my jesteśmy niezniszczalne i czego to my nie zniesiemy. Bo może i zniesiemy wszystko. Może zniesiemy ten cały majdan, który co rano ukazuje się naszym oczom. Zniesiemy i to mędzenie od rana naszych najmłodszych. A niektóre z nas zniosą również partnera, który jest bardziej zmęczony i bardziej uprzywilejowany do tego, żeby rzec jakże dostojnie: „Że on pra-cu-je.”. A skoro on pracuje, to my przecież jesteśmy na wakacjach. I co my wiemy o utrzymaniu rodziny. I możnaby wymieniać te męskie zasługi, a w ogóle nie wspomnieć o naszych. No można. Możnaby się licytować na to, kto robi więcej i kto więcej może. I kto tutaj tak naprawdę orze…

Wmawia się nam, że narzekamy. I przesadzamy. Że nie mamy do tego prawa, by biadolić, że jest nam ciężko. Przecież są takie, które to mają sto razy gorzej. I które też muszą. I nie narzekają. I że z uśmiechem na ustach wstają co rano i dziękują za te wszystkie dary i obowiązki, które na nie spadają. Może i to prawda, że są takie heroski, co to na rzęsach stają i dzieci rodzą w spazmach rozkoszy, a w nocy zamieniają się w boginie ciemności co koronkami i pejczem smagają.

I idąc dalej. Nie. My nie jesteśmy niezniszczalne. Bo co zyskujemy dzięki rodzinie i trudowi codzienności, to wiemy doskonale. I nic nie zastąpi nam miłości tych najmłodszych, którzy oczyskami pełnymi nadziei mówią: „Mama, no chodź.”, „Uśmiechnij się.”. I my się uśmiechamy. Co rano. Bo trzeba. Bo chcemy. Bo jest nadzieja na lepsze jutro.

Jednak to, co tracimy przez udowadnianie tej niezniszczalności, to ta świeżość, o której brak nas się posądza na każdym kroku. Tracimy również tę dawną radość w związku, a w jej miejsce pojawia się gorycz. Przejmująca gorycz, którą trudno zgubić. Pojawia się również obojętność. Obojętność na to, czy będzie lepiej czy też może zostanie już tak na zawsze. Pojawia się i zwątpienie. Zwątpienie w to, czy my dajemy z siebie wszystko. Czy robimy co w naszej mocy, bo efektów niby nie widać. Pojawia się również smutek. Smutek, bo przecież miało być tak pięknie, tak radośnie. Miało być zrozumienie. Takie samo zrozumienie, jak to z początków naszej znajomości. Miały być zaskakujące niespodzianki. Kwiaty bez okazji, czułe słówka, słowa współczucia, przytulenie i takie zwyczajne bycie razem, w tym trudzie. Wspieranie siebie nawzajem na nie licytowanie kto ma gorzej i robi więcej.

I ja się nie dziwię, że w tym marazmie ciężko nam być takimi jak kiedyś. Bo gdy psa pozbawimy dawnego wybiegu, będziemy wybudzać co chwilę i w klatce z michą zimnego jadła zamkniemy,  to on wychodząc z niej po pewnym czasie już nie będzie tym radosnym psiakiem co kiedyś. Będzie osowiały, nieufny i zachowawczy. I minie sporo czasu nim odzyska tę dawną radość. O ile odzyska.

A my chciałybyśmy, aby ktoś nam podał tę dłoń. Wyciągnął ramiona i w nich nas schował. Jak kiedyś. Żeby zrozumiał. Cholera. Zwyczajnie zrozumiał, że nie jest nam łatwo. Żeby utulił, uściskał i wskrzesił w nas siły. I obudził do życia to nasze dawne optymistyczna „ja”. To tak niewiele, a dla nas wszystko! :-)

My nie narzekamy. My relacjonujemy rzeczywistość i wysyłamy sygnał pomocy! Żeby ratować w nas to, co jeszcze zostało.. Żeby zostało z nas więcej, niż z nas ubywa…

Podobne wpisy