Dobra. Tak jak tutaj siedzę przed moim laptopem, tak biję się w pierś, że nasze ostatnie miesiące to był jeden wielki chaos na wielu polach. I nie była to wina moich dzieci, a wina nas – czyli rodziców, którzy do tego dopuściliśmy.
Począwszy od pór zasypiania, skończywszy na porach posiłków zahaczając również o nasze wcześniejsze „małe-rytuały”, którym oddawaliśmy się z przyjemności – wszystko się posypało z uwagi na nasz nienormowany tryb pracy, częste choroby, wyjazdy, nieplanowane zdarzenia, które wybiły nas z wcześniej ustalonego rytmu rodzinnego.
Ostatnie 6 miesięcy to był jednym słowem sajgon…
Pewien rytm, swego rodzaju rodzinna rutyna, prędkość i częstotliwość z jaką wszystko się dzieje jest wybitnie dla nas istotna. Macie podobnie? Doszło to do mnie dopiero wtedy, gdy brak tego rytmu zaczął nas irytować i negatywnie odbijać się na nas dorosłych i naszych dzieciach.
Niespełna tydzień temu mój M. znowu poleciał „zagramanicę” a ja doszłam do wniosku, że warto o ten rytm znowu zawalczyć. Dziwnym trafem to właśnie gdy mojego męża nie ma, jest mi łatwiej zapanować nad całym domowym rozgardiaszem i ogarnąć dzieciaki. Ogarnąć czyli zaplanować im czas nie odchodząc od zmysłów jednocześnie ;-) Pewnie wiecie, co mam na myśli.
Ze wszystkiego, o czym wspomniałam wyżej, najbardziej irytowały mnie późne pory zasypiania moich brzdąców jak również ten cholernie długi czas, który mijał od momentu położenia ich do łóżek aż do faktycznego ich zaśnięcia. Bywało, że ich usypianie trwało godzinę czy półtorej a w międzyczasie 5 razy spadli z łóżka, 10 razy się pokłócili, 2 razy podbili sobie oko i 7 razy wyrwali sobie ulubioną zabawkę, z którą usypiają.
Miałam tego dosyć! Zaczęłam analizować nasze popołudnia i wieczory, i szukałam przyczyny, gdzie popełniałam błąd, który prowadził do tak późnego ich zasypiania. Nawet, gdy kładłam ich do łóżek o 19.00 dzień w dzień, to nic to nie dawało, bo oni do tego spania nie byli zwyczajnie gotowi.
Myślała, dumałam i … trafiłam!
Oni byli dosłownie i w przenośni PRZE-BODŹ-CO-WA-NI!
Z biegiem dnia rozpędzali się, nakręcali z moją pomocą a właściwie z moim brakiem świadomości w tej kwestii, aż dochodzili do momentu, w którym wieczorem nie mogli się zatrzymać, bo nie mieli ku temu warunków! W sensie ja im tych warunków nie zapewniłam.
Wiecie, co sprawiło, że od 4 dni to usypianie idzie nam nie tylko szybciej ale i przeniosło się na wcześniejsze pory?
Może to zabrzmi banalnie, ale … wyłączyłam telewizor! To znaczy od godziny 18.00 go nie włączam a w ciągu dnia staram się go włączać jak najrzadziej! (Tak na marginesie to jestem dawną zagorzałą przeciwniczką telewizora, jednak w pewnym momencie poległam, bo okazało się, że bywa on przydatny). Wiem, że to w niektórych domach mało wykonalne, bo a to Fakty, a to seriale, a to bajki dla dzieci, które i ja serwuję moim maluchom, ale z rozsądkiem. Ja jednak miałam o tyle łatwiej z rezygnacją z telewizji w porze wieczornej, że w sumie wieczorami w ogóle jej nie oglądałam.
Co się u nas zmieniło w ostatnich dniach?
Odkąd TV nie chodzi w eterze od godzin popołudniowych a ja zamiast tego włączam ewentualnie jakieś łagodne muzyczne rytmy, to moi chłopcy jakby naturalnie przygotowują się do spania. Ograniczyłam im bodźce, które do tej pory były dostarczane popołudniami i wieczorami. Może to się wydawać dla niektórych przesadzone, ale te wszędobylskie reklamy, te bajki „strzelające” po oczach kolorami i dźwiękami – to może być zbyt wiele dla takiego małego człowieka, który jeszcze świata nie ogarnia. Wiem już, że dla moich dzieci było to „za dużo”.
Nie jestem totalnym przeciwnikiem telewizji, choć raczej jej sama nie oglądam, ale zdecydowanie jestem zwolennikiem jej ograniczania.
I wiecie co? To naprawdę u nas działa!
Wybija godzina 19.00 z minutami a chłopcy już mają lekko zmęczone miny, chcą się przytulać, mniej się kłócą. Ostatnie 4 dni to była jedna wielka diametralna zmiana, która dała mi do myślenia i skłania mnie ku temu, aby kontynuować to wieczorne wyciszanie.
Może i u Was się sprawdzi, jeśli Wasze szalone dzieciaki też harcują wieczorami jak nasze a trudno ich oderwać od bajek, które może je dodatkowo jeszcze niepotrzebnie pobudzają :-)
Ograniczenie bodźców – słowo klucz :-) Powodzenia! :-)







