Kiedy przeczytałam te kilka zdań wysmarowanych do mnie zapewne na kolanie, to aż się zagotowałam. Przetarłam oczy raz, później drugi, próbowałam dostrzec między wierszami ironię, może namiastkę żartu, ale nie! Nie pomyliłam się.
Ktoś zupełnie poważnie zdecydował, że w jakimś tam moim wywodzie internetowym dostrzeże tylko to jedno słowo, którym będzie próbował definiować to, jaką jestem matką. A także to, jak podobno traktuję moje macierzyństwo i jak ogromną krzywdę wyrządzam moim dzieciom.
„Jak możesz nazywać swoje dziecko gałganem? Życie ci niemiłe?!!!!!! Czego ci jest ono winne, że tak bluźnisz?!!! Nienormalnaś?”
Długo nie musiałam czekać, bo za kilka godzin przyszedł kolejny mail w podobnym tonie, tym razem od innej osoby.
„Poważnie? Nie dało się inaczej nazwać swojego syna, tylko musiałaś go nazwać smrodkiem?”
Dlatego raz a porządnie wyjaśnię pewną kwestię tym bardziej, że wiem, że nie zwariowałam i nie jestem w tym moim myśleniu sama.
Tak, istnieją nienormalne matki, które nazywają swoje dzieci gałganami, bachorkami czy potworkami!
Są też takie, które nazywają swoje brzdące diabełkami, bźdźągwami, rozczochranymi smrodkami, pindusiami, dziubdziuśkami czy pieluchowymi kritersami. Tak, są takie matki, które te swoje największe słodycze życia nazywają ancymonami i innymi pierdzioszkami, a nawet bąkami. To tylko jedne z mało wyszukanych określeń! Znajdą się i takie, które powiedzą jeszcze dosadniej. No zarzućcie dziewczyny tutaj Wasze wersje pieszczotliwego ale podobno obraźliwego ;-) nazewnictwa małych brzdąców, bom sama ciekawa!
I każda z tych matek, w tym ja, nazywa te swoje maluchy tak nie dlatego, że tak im one zalazły za skórę (choć bywa, że mamy tych naszych smrodków dość, przyznaję). My nazywamy je dlatego gałganami, bo kochamy je najmocniej na świecie! Z miłości je tak nazywamy! Są momenty, w których brakuje nam słów i wtedy zapożyczamy sobie te wyrazy, które niosą ze sobą ładunek emocjonalny tylko nam dobrze znany! Albo tak nam dały popalić, że aby pozwolić naszym emocjom znaleźć wentyl, i stąd się bierze to pieszczotliwe nazewnictwo.
Moje dzieciory (tak, tak właśnie nazywam je momentami w przypływie matczynej miłości) nie mają nic przeciwko temu, kiedy nazywam je smrodkami. Bo za tym wypowiedzianym z moich ust „smrodkiem” idzie momentalnie matczyna miłość, często przytulenie, ukochanie tej małej istoty! Zatem uprasza się nie dodawać do tej mojej maniery ideologii. Nie ma takiej potrzeby.
Dodam tylko już tak na koniec, gwoli ścisłości. Oczywiście, że moje dzieci mają imiona. Ba, ja nawet odnoszę się do nich w większości przypadków po imieniu ;-) Są jednak momenty, w których nazywam je inaczej. Po mojemu, po matczynemu! Nie robiąc im przy tym krzywdy, a nadając temu mojemu macierzyństwu trochę dystansu. Dystans, …, dystans, bo inaczej wszyscy zginiemy! ;-)
Konkludując już – tak, tylko nienormalne matki tak nazywają swoje dzieci. Nienormalne i kochające!
Wy też z tych nienormalnych? ;-)







