Wielu Czytelników czytających mnie dłużej niż kilka miesięcy doskonale wie, że w ostatnich latach trudno było uświadczyć na moim blogu zdjęć, na których uśmiecham się od ucha do ucha.
Odkąd powypadały mi zęby mleczne i wyrosły mi wszystkie zęby stałe (pokrzywione tak, że szkoda gadać), to robiłam, co mogłam, aby nie pokazywać światu moich zębiszczy. Serio, to było mega dla mnie wstydliwe. Moje uśmiechanie się to było raczej coś w stylu marszczenia policzków i układania ust na kształt uśmiechu.
Podczas spotkań towarzyskich notorycznie zasłaniałam usta dłońmi. Po pewnym czasie było to już moim nawykiem, z którym niektórzy próbowali walczyć bezskutecznie i przekonywali mnie, że mój uśmiech jest spoko. Ja byłam jednak uparta. Gdy chciałam parsknąć śmiechem prędzej oplułam sobie wewnętrzną część dłoni niż pokazałam światu otwartą buzię. Wielokrotnie już Wam kiedyś pisałam, że moje krzywe zęby były jednym z moich największych kompleksów i właściwie nie widziałam drogi wyjścia z sytuacji, bo wydawało mi się, że jestem w czarnej dupie, bo …
… nie stać mnie na profesjonalne leczenie ortodontyczne.
To znaczy jako nastolatka miałam ruchomy aparat stały, który zafundowali mi rodzice. Nosiłam go przez rok do momentu, w którym pewnego słonecznego dnia nasz sznaucer olbrzym dorwał się do tego aparatu, który położyłam na półce, i rozgryzł go na części pierwsze. Części drugie wyszły mu z porannym stolcem dnia następnego podczas spaceru, na który go zabrałam na totalnym wku…ie. Chyba rozumiecie moją irytację.
Na drugi aparat już moich rodziców wtedy nie było stać, także sprawa fatalnego zgryzu zatrzymała się prawie na kolejne dwie dekady. Aż do momentu, w którym ….
.. powiedziałam sobie dość!
Na przełomie 2014/2015 roku doszło do mnie, że czas skończyć z tym wiecznym kitraniem się i hamowaniem mojego uśmiechu. Że nie chcę tak do końca życia wkurzać się na samą siebie, że nic z tym nie zrobiłam. Moim silnym postanowieniem było:
„Magda, pipo Ty jedna! Strachliwa, nie wierząca w siebie, zawsze szukająca wymówek istoto! Tchórzu Ty! Nie umrzesz chyba z kompleksem krzywych zębów, co?!!!”
I to był impuls. Impuls, który skłonił mnie do tego, że zmobilizuję się w końcu i znajdę ortodontę, który ogarnie mój uśmiech. Choćbym miała te pieniądze wyprodukować, to to zrobię :D Jak pomyślałam, tak zrobiłam, w sensie nie wyprodukowałam hajsu, tylko znalazłam ortodontę :D
Spędziłam kilka dni szukając osoby, która nie ma terminów na 2020 rok a przy tym zajmuje się też trudniejszymi przypadkami. Tak, w Krakowie specjaliści mają kolejką jak kiedyś po mięso. Znalazłam taką osobę, zadzwoniłam i umówiłam się „na za 2 miesiące”, na pierwszy wolny termin, na konsultację. Tak, w tej branży dobrzy i bardzo dobrzy ortodonci niestety nie przyjmują od ręki. Kolejka oczekujących i stałych już pacjentów jest spora.
A teraz muszę coś wyjaśnić:
Chciałabym, aby przedstawione w tym poście informacje były rzetelne i miały charakter informacyjny. Zależy mi, aby osoby zainteresowane założeniem aparatu poznały moją drogę. Najprawdopodobniej post ten będzie pierwszym artykułem z trzech, bo inaczej popadacie mi tutaj jak muchy od mnogości informacji :-) Zobaczymy co wyjdzie w praniu.
Teraz już jestem po drugiej stronie lustra, dlatego doszłam do wniosku, że to idealny moment, aby zebrać wszystko w całość. Odkąd zdjęłam aparat, co miało miejsce niecałe 3 miesiące temu, dostaję od Was wiele maili, w których pytacie mnie o szczegóły. A pytacie bo … widzicie efekty! Tak, nareszcie zaczęłam się uśmiechać! Zastanawiacie się ile kosztuje stały aparat na zęby na zęby? Ile kosztuje założenie stałego a ile ruchomego aparatu ortodontycznego? Te informacje dotyczące kosztów leczenia ortodontycznego to wcale nie jest taka prosta sprawa, o czym za chwilę. Zatrzymajmy się jednak na tym, co mnie powstrzymywało przed założeniem aparatu ortodontycznego stałego.
Jakie były moje główne obiekcje zanim założyłam aparat?
Problem nr 1: Przecież nie stać mnie na to. W końcu wszyscy trąbią, że aparat kosztuje majątek!
I tak i nie. Założenie jednego łuku może kosztować 1.000 złotych ale może równie dobrze kosztować 2.500 a nawet 5.000. Wszystko zależy od miasta, metody, specjalisty i rodzaju aparatu. Co warto wiedzieć: niekoniecznie od razu musimy zakładać dwa łuki, czyli górę i dół. Czasami z drugim łukiem można się wstrzymać, jeśli ortodonta da zielone światło. Ja najpierw założyłam górę a po miesiącu dół. Niektórzy zakładają drugi łuk po dłuższym czasie, o ile wada zgryzu pozwala, aby leczenie było prowadzone w taki sposób.
Problem nr 2: Skąd ja wytrzasnę tyle hajsu od razu!
Konsultacja kosztowała mnie 150 złotych. Po dwóch miesiącach byłam umówiona na założenie górnego łuku. Zdecydowałam się na aparat najmniej widoczny, tzw. szafirowy, przezroczysty. Jednak gdybym zdecydowała się na metalowy to wówczas zapłaciłabym połowę mniej! Jest na czym oszczędzać. Dlaczego wybrałam szafirowy?
Moja wada zgryzu była dość poważna i szykowało się dwu- a nawet trzyletnie leczenie. Nie chciałam się wkurzać na to, że błyszczy mi w buzi jakiś metal a na zdjęciach wyglądam, jakbym miała czarne zęby, bo czasami taki efekt właśnie występuje.
Konkludując koszt: tak naprawdę koszt można rozłożyć w czasie. Niektóre gabinety oferują nawet system ratalny i wychodzą naprzeciw pacjentom, którym trudno jest wyskoczyć od razu z tak dużej kwoty a chcą szybko rozpocząć leczenie.
Problem nr 3: Jak ja wytrzymam dwa lata z tym paskudztwem na zębach!
Dwa lata z aparatem minęły szybciej niż mogłoby się komukolwiek wydawać! Szykowałam się na 3 lata noszenia aparatu stałego, tymczasem okazało się, że moje zęby o dziwo współpracują szybko! Ja już po dwóch miesiącach noszenia widziałam pierwsze efekty. Pewnego dnia popatrzyłam do lustra (pamiętam to jak dziś, bo było to w łazience mojej mamy w Norwegii) i zobaczyłam, że na dole mam proste zęby! Gdyby nie ciąża to na bank opiłabym to szampanem, taka to była radość! :D
Problem nr 4: Kurde, a co jeśli zęby będą oporne i nie uda się ich wyprostować?
I tutaj nasza w tym rola, aby znaleźć lekarza, którego opinie świadczą o tym, że radzi sobie z trudnymi przypadkami. Nie ma co porywać się na zajebistą stronę internetową i szelmowskie uśmiechy na zdjęciach kupionych na stocku. Trzeba zrobić porządny research na forach, grupach prywatnych i wśród znajomych. Znajomi są najlepszą rekomendacją.
Podobno wszystko da się zrobić. Ale tylko w przypadku ortodonty, który nie zrobi nas w kolokwialnego „ciula”, i zna się na robocie a nie obiecuje gruszki na wierzbie.
Myślałam, że jak pojadę do mniejszej miejscowości to będę płacić mniej sumarycznie. Co powiedziała jedna z specjalistek z województwa podkarpackiego, do której chciałam jeździć?
„Proszę wybaczyć, ale nie podejmę się tego leczenia, bo nie czuję się na siłach, aby te zęby wyprowadzić na prostą.”
Na początku się zawiodłam, ale później doszłam do wniosku, że dobrze, że była ze mną uczciwa!
Problem nr 5: A koleżanka miała aparat i po jego ściągnięciu zęby znowu się jej wykrzywiły!
A czy ortodonta założył aparat retencyjny, który podtrzymuje efekt? To jest standard na zachodzie. Ja ściągnęłam aparat i mam nie tylko drucik od wewnątrz tzw. retencyjny, ale również noszę nocą nakładkę, która nie pozwala zębom migrować. Przezroczyste takie coś, co daje mi spokój i nie martwię się, że zęby wrócą na swoją dawną pozycję. Często jest tak, że ludziom zęby później się krzywią. Dlaczego? Bo nikt nie zaproponował im ani nakładek ani aparatu retencyjnego. Zostawił ich ot tak, nie przewidując, że zęby mają prawo migrować później jeśli mają ku temu warunki. Także nakładka lub retencyjny drucik to moim zdaniem ważna rzecz.
Problem nr 6: Przecież to cholernie boli!
Rzeczywiście, podczas pierwszych dni od założenia aparatu czułam dyskomfort, ale nie taki, abym miała chodzić po ścianach. Co więcej: wiecie kiedy założyłam mój pierwszy łuk aparatu? Jak byłam w drugim miesiącu ciąży :D Doprawdy cudowny timing :D Nie dość, że miałam mdłości jak cholera, to jeszcze ten aparat mnie na początku wkurzał.
Miałam tylko delikatne otarcia od zamków. Radziłam sobie z tym płucząc jamę ustną szałwią, albo dentoseptem. Po dwóch tygodniach już był luz blues. Czułam się, jakbym z tym aparatem żyła od zawsze.
Czasami czułam dyskomfort podczas tzw. podkręcania aparatu, co odbywa się mniej więcej co miesiąc. Taka wizyta to dodatkowy koszt. Moje wizyty kosztowały 150 złotych i taką mamonę wykładałam co miesiąc na to „podkręcanie”. Ale po pierwszych 6 miesiącach te podkręcania drucików zupełnie nie robiły już na mnie wrażenia. To też pewnie cecha osobnicza, ale z perspektywy czasu wiem, że wytrzymałabym i większe katusze, bo efekty są niesamowite!
Uff. Nie wierzę, że przebrnęłam przez tę pierwszą część! :-)
W drugim poście, który opublikuję za tydzień, opowiem Wam skąd skołowałam kasę na aparat, ile zapłaciłam za górny i dolny łuk aparatu ortodontycznego, dlaczego zdecydowałam się na droższą wersję i ile ona kosztuje, a także jakie niespodzianki wyszły w praniu. Oraz czy żałuję teraz czegoś z perspektywy czasu. Postaram się także zrobić dokładny kosztorys i uczulić Was na pewne aspekty.
W trzeciej części zdradzę Wam, czy potrzebowałam jednak zrobienia implantów, czy wybieliłam sobie zęby i jak wyglądają wkładki retencyjne oraz drucik tzw. retainer, który mam podklejony od wewnętrznej części zębów. Podrzucę Wam również spis przedmiotów, które okazały się przydatne podczas pielęgnacji oraz gadżety, bez których już nie wyobrażam sobie życia. A także zdradzę, czy marzą mi się licówki i czy to już koniec babrania się z zębami czy chcę je jeszcze upiększać.
Piąteczka!
P.S. W komentarzach możecie mi śmiało zostawić pytania, na które chętnie odpowiem. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was już przeszedł drogę podobną do mojej. Ujawnijcie się :-) A może ktoś jest w trakcie leczenia i poplotkujemy razem?
Widzimy się za tydzień! :*







