Gdy Ivo zrobił się bardziej mobilny i zaczął penetrować nieznane mu wcześniej rewiry, pojęcie „wychowywania” i „instruowania” mojego dziecka przestało być mi obce. Nie jestem typem poradnikowego rodzica, który zapełnia swoją rodzicielską biblioteczkę kolejną złotą pozycją i próbuje wcielić opisaną zawartość w życie.
Tak naprawdę, nie posiadam ani jednej książki, która traktuje o wychowywaniu dzieci, i dochodzę do wniosku, że dobrze na tym wychodzę. Kieruję się intuicją, zdrowym rozsądkiem i miłością. Nie jestem rodzicem, który sztywno trzyma się swoich wyobrażeń, nie dokonuje modyfikacji zachowań czy metod wychowawczych. Zaczynam wypracowywać sposoby, które są jak na razie skuteczne. Co więcej, staramy się z Mężem mówić jednym głosem w tej kwestii, co jest równie istotne.
Moje podejście do wychowania zmieniło się, gdy uświadomiłam sobie, czego chciałabym nauczyć mojego syna, jak chciałabym przygotować do dorosłości, jakie wartości i zachowania mogą okazać się dla niego cenne w przyszłości. Rola rodzica jest tutaj nieoceniona. Moim celem nie jest rozwiązywanie za niego problemów, a pokazanie mu sposobów, aby sobie z nimi mógł poradzić. Samodzielność życiowa, optymizm, ciekawość świata, wiara we własne możliwośći – te cechy chciałabym w nim zaszczepić.
Tutaj z pomocą przyszło mi moje doświadczenie, moja nastoletnia knąbrność i przeszkody, które musiałam pokonać. Nie byłam typem posłusznego dziecka, co uważam dało mi nieco szerszy obraz tego, z czym będę się musiała zmierzyć jako matka.
Wiem, że jestem dopiero na początku drogi pt. WYCHOWANIE – jego blaski i cienie, jednak staram się świadomie i zdroworozsądkowo podchodzić do tego zadania, a także nie zapomnieć o aspekcie emocjonalnym – to miłość do mojego dziecka pcha mnie do tego, aby być dobrym rodzicem. Zawsze traktuję moje dziecko z szacunkiem i godnością. Mimo, iż mój syn ma dopiero rok, to moja wychowawcza misja już się rozpoczęła, a mając na uwadze chłonność materii, z którą mam do czynienia [czyt. dziecko, które chłonie jak gąbka i bacznie obserwuje mnie i otaczający go świat] wiem, że stąpam po rozżarzonych węglach ;-) ].
Trzymamy się kilku zasad:
- jednogłośność – mówimy z Mężem jednym głosem. Nie dajemy dziecku sprzecznych komunikatów, a wszelkimi wewnętrznymi uwagami dzielimy się w kulisach, nie na forum przy dziecku. To dotyczy także dziadków. Rozumiem, że każdy może mieć odmienne zdanie. Jesteśmy otwarci na dialog w tej kwestii, jednak to my – rodzice decydujemy o wychowaniu i oczekujemy, że otoczenie się do tego dostosuje.
- jasność przekazu – mówimy do dziecka bez zawiłych sformułowań. Dajemy mu jasno do zrozumienia, czy aprobujemy pewne zachowania, czy też nie. Werbalizujemy nasze myśli. Ustalamy nasz wspólny kodeks, co może brzmi groźnie, jednak działa u nas wyjątkowo dobrze. Są miejsca, do których dziecko nie ma dostępu lub ma celowo utrudniony dostęp [kontakty, klozet, środki chemiczne], a wszelkie próby, aby się do nich dostać, są jasno przez nas określane jako niedozwolone. Nie nadużywamy sformułowania: NIE WOLNO, jednak jest ono obecne w naszym języku.
- egzekwowanie – egzekwujemy dostosowanie się do naszych życzeń/próśb. Trudno o wcielenie w życie tego punktu przy rocznym dziecku, jednak staramy się. Jeśli nie dajemy na coś zgody [np.destrukcja gramofonu;-)], a kolejne próby nie przynoszą rezultatów, dajemy dziecku alternatywę. Zmieniamy środowisko. Rozumiem, że gramofon to fajny sprzęcior, ale w tym wypadku pokazujemy równie ciekawą rzecz lub aktywność, która odwróci uwagę od zakazanego przedmiotu.
- pokazanie aprobaty albo dezaprobaty – nie tylko sam przekaz werbalny uważam za ważny. Także po naszej minie Ivo może ocenić czy pochwalamy jego wyczyny, a może zupełnie się z nimi nie zgadzamy. On przygląda się nam bacznie i często, gdy spojrzymy sobie głęboko w oczy, on decyduje odejść od kontynuowania czynności, która nie jest na zielonej liście ;-) Buziak w czółko, pogłaskanie po pleckach, przytulenie – o tym też nie zapominamy.
- spokój – staram się nie podnosić głosu. Zdarzyło mi się powiedzieć kiedyś głośniej niż zwykle i nie miało to przełożenia na efektywność. Zarówno ja, jak i Ivo byliśmy nieco zmieszani tym zachowaniem. Co więcej, wystarczyło kilka moich gaf w tej kwestii, a mój Syn podłapał melodię i próbował krzykiem wymusić na mnie pewne czynności.
- cierpliwość – czekam na moment kiedy będę słyszeć pytanie „Mamo, a dlaczego?” co dwie sekundy :-) Już przygotowuję się na ten moment. Moja cierpliwość nie została jeszcze wystawiona na próbę, jednak skrycie liczę na to, że przejdę ją pomyślnie.
- konsekwencja – staramy się jasno trzymać tego, co ustaliliśmy – jeśli zabawa gramofonem nie jest dozwolona, to nawet gdy mamy gorszy dzień i stan techniczny gramofonu staje się nam obojętny, to trzymamy się tego, że dziecko nie powinno mieć do niego dostępu. Nie dajemy sprzecznych komunikatów. O to czasami ciężko, gdy codzienność daje nam popalić ;-)
- karom cielesnym mówię nie – nie trzeba wiele tłumaczyć w tej kwestii. W młodości zdarzyło mi się oberwać parę zdrowych klapsów, co nie miało przełożenia na poprawę jakichkolwiek moich zachowań. Ponadto degradowało moich rodziców w moich oczach. Swojego dziecka nie uderzę. Temat na osobny post.
Jak widać, daleko nam do bezstresowego wychowywania dziecka i krzewienia dziecięcej samowolki.
Czym Ty się kierujesz ? Macie podobne priorytety? A może zwracacie uwagę na coś czego nie wymieniłam, a powinnam była?
zdjęcie: leaderpost.com







