Niezwykle ważna rzecz, którą powinna mieć przy sobie KAŻDA mama!

napisała 08/11/2018 Moim zdaniem, Post powstały przy współpracy, Szczesliva po godzinach

A powiedziałabym nawet, że … najważniejsza! :-) Nie wiem, czy jesteśmy po tej samej stronie barykady, ale śmiem bardzo odważnie twierdzić, że jest bardzo duże prawdopodobieństwo tego, że jednak mamy wiele wspólnego! Oj, i mamy zapewne więcej niż by się mogło innym wydawać! ;-)

Tydzień temu wybraliśmy się z moim M. i całą naszą gromadką na jesienny spacer. A że pogoda była piękna, słońce grzało tak, że miałam wrażenie, że zaraz wyciągnę na taras leżak i idę się opalać ;-), to korzystaliśmy z tej pięknej pogody, ile się tylko dało!

Wybraliśmy się do krakowskiego Lasku Wolskiego, który zawsze kojarzę z cudownymi jesiennymi kadrami. Jesień tam jest taka, jaką znam z dzieciństwa! Złota, bogata, zachwycająca! Dzieciaki wniebowzięte, bo pozwoliłam im kurtki zostawić w samochodzie. Wyciągnęliśmy tylko nosidło ( o tym jak i w czym prawidłowo nosić pisałam tutaj), ja oczywiście poleciłam mojemu M., żeby zabrał też moją torebkę i nagle słyszę skowyt! Charakterystyczny dla mojego szanownego małżonka ;-)

– Kobieto, co Ty tam masz w środku? Kamienie?! Ja to ledwo niosę. Pół mieszkania do tej torebki spakowałaś, czy jak? Przecież ten pasek to się zaraz urwie, bo nie da rady nosić tylu kilogramów. I Ty to codziennie nosisz? Przecież to się aż prosi o gruntowny remanent!

Popatrzyłam tak na niego tymi moimi zaskoczonymi oczami. Przewróciłam nimi ze trzy razy na znak, że totalnie obrał zły punkt zaczepienia :D I powiedziałam tylko jedno:

– Tam jest wszystko i tak być musi.

– Na wypadek ataku nuklearnego chyba…

– Też! – odpowiedziałam z pełną premedytacją!

Nie minęła chwila naszego spaceru (a trzeba powiedzieć, że to nie taki krótki spacer, tylko trzeba na niego przeznaczyć z dziećmi ze 2 godzinki, bo to jednak trasa dość długa jak dla takich małych stópek) i … Junior przewrócił się, bo wydawało mu się, że przeskoczy ten sęk, który przeskoczyć jednak się nie dał! :D I co? I oczywiście wpadł w kałużę! Jak na niego przystało. Cały czarny :D Twarz czarna, bo to błoto wytarł sobie w policzki, bo coś go zaswędziało w międzyczasie. Kolana czarne. Buty czarne. Mój M. woła:

– Dawaj mi tutaj jakieś chusteczki, bo przecież osiwieję z nim zaraz.

A co ja na to? A ja teatralnym ruchem sięgnęłam po moją torbę na wypadek ataku nuklearnego, w której mam wszystko ;-) i podałam szanownemu małżonkowi mokre chusteczki. Ogarnął chłopaka wzorowo i był znowu nówka-sztuka. Przecież bez chusteczek mokrych się nie da! One ratują mnie z każdej opresji! My używamy chusteczek Baby Dove, z którymi bardzo się polubiliśmy, bo skutecznie oczyszczają skórę a jednocześnie ją pielęgnują. Nie są też za mokre, co jest problemem wielu innych chusteczek, że zanim odparuje „woda” po nich ze skóry maluszka, to mijają lata świetlne. Ja bardzo dbam o to, aby zakładać pieluszkę na osuszoną skórę, wtedy mam dodatkową gwarancję, że będzie o krok mniej do niepotrzebnych odparzeń.. I ekonomia ponad wszystko. Przy trójce dzieci patrzę na to, nie ma to tamto! Innych chusteczek zużyję 3-4 a Baby Dove zużyję jedną tylko przy jednym podejściu, więc to jakby trochę uspokaja moje poczucie, że nie marnuję czegoś. Poza tym delikatnie oczyszczają skórę dziecka i pozostawiają ją nawilżoną i miękką. Bez chusteczek nawilżanych ani rusz! Przy moim trzyletnim Juniorze są w użyciu 24/7 ;-)

Wasi też się tak często brudzą, czy trafił mi się egzemplarz ponadprzeciętny w tej kwestii? ;-)

Idziemy dalej, mijamy dwie roześmiane rodzinki, które już wracają z Lasku Wolskiego i zatrzymuję się na chwilę. Jak przystało na atak nuklearny słyszę wrzaski Teośka:

– Mama, jestem głodny!

– Skarbie, idź do Taty. On coś wymyśli.

Teosiek drepta do Taty, tata rozkłada ręce i woła swoją żonkę, mnie znaczy się.

– Masz coś tam w tym swoim arsenale, żeby mu dać do jedzenia?

– Może żołędzie i kasztany jadalne się znajdą w lasku, jak myślisz? ;-) A nie mówiłam! – przewracam oczami na znak, że ze mną nie wolno zadzierać ;-) i wyciągam z torebki batony musli, które robię mniej więcej co tydzień, bo ratują nas z wielu opresji, kiedy trzeba mieć zdrowszą przekąskę „na już!”. Przepis na nie znajdziecie tutaj. Podaję Teośkowi, ten dziękuje za „paliwo” i idziemy dalej. Po chwili okazuje się, że i Ivo chce paliwa, a jak Tata patrzy na nich „tankujących” to i on skomle po batona :D Tak jest zaw-sze! :D

Idą wszyscy zadowoleni. My docieramy na górę, zachwycamy się widokiem, obok nas też jedna rodzinka, a ja … słyszę bombardowanie! Ale to takie bombardowanie, jakby co najmniej w odwecie, o jakim mało kto słyszał! Kto postanowił nas bombardować? Oczywiście, że Gaia, której znudziło się już „nosidłowanie” i przeszła w pieluchowy kontratak! Co zrobiłam ja? Po raz trzeci ostentacyjnie rzuciłam okiem w stronę mojego M. i rzeczę z pełną powagą:

– Bierz młodą, liście jakieś, trochę wody ze strumyka i przewijaj.

Lekko zmieszany nic nie powiedział :D

A ja tu wyciągam ruchem teatralnym z torebki: pieluchy, chusteczki. Przy okazji znajduję pilota od mężowskiej wieży :D Moje wyniki krwi, których nie mogłam od tygodnia znaleźć! Kładę młodą na ławce, na której najpierw położyłam flanelę (no oczywiście, że ją też miałam w torebce :D) i patrzę, że było … „grubo”. Na tyle grubo, że spodnie też do wymiany :D Ale co robię ja? Zero paniki. Kątem oka patrzę na mojego M. Wyciągam też nową parę spodenek! I przewijam tę naszą Gaikę. Najpierw ruchem zamaszystym w ruch idą chusteczki Baby Dove. Następnie nowa pielucha, w międzyczasie krem na odparzenia. Niezbędny na dłuższe spacery w nosidle, bo jednaki skóra wtedy mniej oddycha, bo jest ciaśniej.

Ostatnio miałam okazję wypróbować krem przeciw odparzeniom Baby Dove Rich Moisture. Skóra mojej Gai bardzo dobrze go toleruje, krem pozostawia ją dobrze zabezpieczoną przed pieluszkowym zapaleniem skóry, którego nie życzę żadnemu maluchowi. Mieliśmy kiedyś pewien epizod z moim starszakiem, po którym obiecałam sobie, że nie pozwolę sobie na żadne niedopatrzenia i dbam o to podwójnie.

Dlatego przewinęłam, co miałam przewinąć i na sam koniec założyłam młodej świeżuchne spodenki, które też trzymam w torebce, a co! :D

I wracamy do samochodu. W międzyczasie jeszcze było „Mamo, chcę pić.”, „A masz może jakąś gumę do żucia?”, „Kluczyki do samochodu i dokumenty mam ja, czy schowałem Ci je do torebki?”, „Jak masz w tej torebce wszystko, to może znajdziesz w niej moją kartę, która brałaś wczoraj.”

I wiecie co? Wszystko w tej torebce było! Wszystko!

Było i trochę więcej, mój kalendarz, żołędzie, pilniczek do paznokci, powerbank, pomadka, krem do rąk, cukierki ze dwa albo trzy, i mogłabym tak chwilę wymieniać, ale … daję sobie rękę uciąć, że następnym razem to one właśnie będą potrzebne! :D ;-)

Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak powiedzieć drogim mężczyznom, że taki stan rzeczy zrozumie tylko druga mama! Mama, która musi mieć w torebce wszy-stko, bo jak wszystkiego nie ma, to jest ryzyko, że coś właśnie by się przydało, bo sytuacja tego wymaga! :D

To zdecydowanie jest wybitnie arcyważna rzecz, którą powinna mieć ze sobą każda mama –  wszystkomieszczącą torebkę bez dna! ;-)

Też macie takie torebki, w których jest wszystko i ratują życie? Jaką najbardziej zwariowaną rzecz w niej znalazłyście? Pokażcie mi w komentarzach ich zawartość! A co! Jak szaleć to szaleć! ;-)

P. S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  ❤ Możecie też go podać dalej. Dziękuję! :*

Podobne wpisy