Dobrze mi w mieście.
Tutaj piekarnia. A tam lodziarnia.
Z lewej muzeum, z prawej wystawa.
Tutaj pizzeria. Tam oranżeria.
I po angielsku i po francusku.
I na huśtawce, i w swoim wózku.
Parking podziemny. Chleb żytni, ciemny.
Penne z łososiem. Tworzę swe dossier.
Bilet do kina i do teatru.
I mała-czarna. I miejskie atrium.
Mocno i szybko. Dużo i gęsto.
Myślę o wiejskim life’ie zbyt często…
Marzy mi się chatka-puchatka. Z dala od ludzi. Ze studnią własną. Z werandą. Z drewnem w kącie. Kominkiem w salonie. Grubym kocem na fotelu. Z książką i herbatą malinową przy kawowym stoliku. Z psem w budzie. Z kotem na drzewie. Z jeżynami w oddali. Z krowami na łące. Z rosą na trawie. Z kwiatami polnymi za rogiem. Z mężem rozpalającym ognisko. Z dziećmi ubłoconymi do pasa. Z wiejskimi jajkami na śniadanie. Z chlebem z pyszną skorupką. Z miłością. Z rodzinnym klimatem. Z ciepłem. Ze spokojem.
Marzymy podobnie? Czy zupełnie różnie? ;-)
P.S. Na zdjęciach czai się także mój Tata i dwa czworonogi: Zira, najmądrzejsza psina świata, i Maks vel Powsinoga ;-)
























