Mignął mi ostatnio artykuł na jednym z największych naszych polskich portali, w którym jego autorka z dumą prezentowała najwygodniejsze pozycje dla par. Czytałam, czytałam i nie dowierzałam.
Trochę z zazdrością. Trochę z dumą, że Polacy jednak lubią kombinować w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Trochę z niedowierzaniem, że niektóre pary są tak wygimnastykowane i właściwie wygodnie by im było nawet na lampie, utrzymując się na niej siłą szczęk własnych i partnera.
Podrapałam się trochę po głowie. Podumałam. Popatrzyłam na mojego męża, który z otwartą buzią właśnie ucinał sobie piątkową drzemkę i za cholerę nie wyglądał w tamtym momencie na kogoś, kto ogarnął by temat tych ekwilibrystycznych akrobacji nawet w myślach, zresztą ze mną na czele.
Popatrzyłam raz jeszcze na siebie. Na matkę, która wstała tego dnia tuż przed 6.00 z samego rańca, bo córcia i drugorodny synal zamiast spać, jak przystało na porządne dzieciaki, które szanują swoich rodziców ;-), to zdecydowali dać nam wycisk na dobry rozruch.
Raz jeszcze objęłam wzrokiem artykuł. Przeczytałam niemalże na głos pojawiające się w tekście nazwy pozycji. Lecę z pamięci: na jeźdźca galopującego wśród gąszczu wysokich traw. Na baletnicę, która kurczowo trzyma się drążka. Na skaczącą rusałkę kwilącą znad parnego gaju. Na kocicę, która dopada swoją zdobycz pod osłoną nocy. Na niezwyciężoną szermierkę, która szuka oponenta w półprzezroczystej masce.
Czytałam, czytałam. Aż doszłam do wniosku, że autorka w ogóle zapomniała o jednej z najważniejszych pozycji, której naprawdę nie może zabraknąć w małżeńskim łóżkowym kalendarium. Pozycji szczególnie polecanej po porodzie i parom, które mają małe dziecko i ledwo trzymają oczy otwarte. Pozycji, która w ostatnich czterech latach, odkąd urodziłam mojego pierwszego syna, w naszym kalendarium wpisała się na stałe i słychać podczas niej prawdopodobnie najbardziej miauczące pomruki zadowolenia i spełnienia.
No nie wiem w sumie, czy mogę o takich rzeczach publicznie? Jakby co, to mi wybaczycie moje brzydkie zapędy ;-)
Dlatego ja do tych rusałek, kocic i baletnic dorzucam pozycję, którą polecam i którą uprawiamy namiętnie odkąd mamy dzieci, zazwyczaj jedno i drugie na przeciwległym skraju łóżka, bo miejsca w nim mało. Jest to pozycja na nieprzytomną samicę i samca, którzy po wykąpaniu dzieci i położeniu ich do łóżek po prostu synchronicznie padają na pysk śpiąc nieprzytomnie do samego rana :D
Po porodzie jest to pozycja bardzo wskazana. Po prostu leżeć i spać. I nic nie robić :D Polecana przez ginekologów, psychologów i biologów. Odpowiednia dla zmęczonych par posiadających potomstwo i oczy na zapałki. Ilość endorfin, jaka we mnie uderza w momencie zaśnięcia jest nie do opisania. Chętnie dałabym sobie nawet założyć kajdanki, gdybym tylko miała pewność, że będę spała dzięki nim do rana przymocowana na amen do łóżka, i zapewnią mi one święty spokój do względnej godziny 9.00 tej :D
Po dzisiejszym dniu na bank ją wypróbujemy! (Padając z moim M. synchronicznie na pysk, bo dzieciaki zrobiły nam dzisiaj kisiel z mózgu ;-) )
Piąteczka! :D
P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu :*







