Są historie obok których nie można przejść obojętnie. Powiedziałabym nawet, że czytając tylko pierwsze zdania wiem już, że będzie to coś, co na długo zostanie w mojej głowie, wyciśnie ze mnie morze łez, aby na sam koniec dać mi do myślenia.
Bo my, ludzie, przejmujemy się tak naprawdę pierdołami zazwyczaj. Zgodzicie się z tym? Często nie mając większych zmartwień wymyślamy sobie większe troski i nadajemy im rangę niewykonalności, ogromnego trudu i okazuje się, że dziurę w brzuchu wierci nam sprawa, którą tak naprawdę to powinniśmy kolokwialnie to ujmując olać i zająć się czymś naprawdę istotnym, zamiast rozmieniać się na drobne.
Ja mam taką właśnie naturę. Że mając obok siebie ludzi, których kocham nad życie, i będąc zdrową, czyli tak naprawdę mając WSZYSTKO, ja nadal zaprzątam sobie głowę pierdołami. Zamiast cieszyć się tym, co mam, to rozmyślam nad tym, czego jeszcze nie mam.
Czas z tym skończyć. Szkoda na to życia!
Kiedy Kasia R., stała czytelniczka, podrzuciła mi link do pewnej historii, ostrzegła mnie, że jeśli czuję, że mam rozchwiane hormony, to mam sobie zostawić ten link na kiedy indziej. Nie wytrzymałam (normalka!) i spędziłam ostatnie godziny rozmyślając o tym, że powinnam się zdrowo stuknąć w głowę i zacząć myśleć o tym, co jest naprawdę ważne.
Bailey Cooper
Dziewięcioletni chłopiec. Bailey. O blond włosach i dziecięcym, szczerym uśmiechu. Latem 2016 zdiagnozowano u niego chłoniaka nieziarniczego. Po wyjątkowo wyniszczającej chemioterapii, ale całkiem dobrych rokowaniach na przyszłość, powrócił do normalnego życia. Jednak na Wielkanoc 2017 roku szpital zadzwonił do rodziców Bailey’a z informacją, że niestety rak powrócił i doszło do przerzutów do innych organów.
Nie dawano mu większych szans na przeżycie do 2018 roku i było niemalże pewne, że nie uda mu się spotkać ze swoją siostrą, która miała przyjść na świat w listopadzie 2017 roku. Bailey zdążył wybrać dla niej imię – Millie, i poprosił swoich rodziców o to, aby tak właśnie nazwali jego siostrę. Bailey był wyjątkowo zdeterminowanym chłopcem i za wszelką ceną chciał dożyć do narodzin swojej siostry. A jednak, pomimo bardzo złego stanu zdrowia dotrwał do dnia narodzin swojej siostry!
Kiedy zobaczyłam zdjęcie Bailey’a trzymającego na rękach swoją malutką siostrę Millie, po prostu pękłam. Rozsypałam się w drobny mak. Tak jak relacjonowali rodzice Baileya, Lee i Rachel, Bailey robił wszystko przy malutkiej siostrze. Kołysał ją do snu, przewijał, śpiewał jej kołysanki i tulił. Mimo że sam był u kresu swoich sił…



Stan jego zdrowia pogarszał się z dnia na dzień. Pomimo że lekarze utrzymywali, że są naprawdę niewielkie szanse na to, że Bailey dożyje do Świąt, rodzice zachęcili go do napisania listy prezentów, które chciałby otrzymać.
Wiecie, co Bailey wymienił na tej liście?
Zrobił listę, na której znalazły się prezenty dla jego młodszego rodzeństwa, bo miał świadomość, że on nie pobawiłby się swoimi za długo. Wrażliwość Baileya i ta jego decyzja, o której przeczytałam, wywołała u mnie kolejną lawinę łez…
Tysiąc myśli i świadomość ogromnego dramatu, jaki przeżywała inna rodzina, nie daje mi spokoju.

Na kilka dni przed swoim odejściem Bailey ostrzegł swoich rodziców:
„Mamo, Tato. Możecie po mnie płakać tylko 20 minut! Później musicie zająć się Riley i Millie!” (jego rodzeństwem)
Moment finalnego pożegnania opisała jego mama:
„Tuż przed 11.45 przed południem w Wigilię, wszyscy byliśmy przy jego łóżku. Wiedzieliśmy, że to są już ostatnie minuty. Powiedzieliśmy do niego: „Już czas pożegnania, Bailey.”
I dokładnie wtedy, kiedy wypowiedzieliśmy ostatnie słowo, Bailey wziął ostatni dech i jedna łza wypłynęła z jego oka. Odszedł w spokoju. „
Całą historię przeczytacie tutaj.
Powiem Wam, że wizualizując sobie historię tej rodziny, coś sobie obiecałam.
Obiecałam sobie, że zacznę tak naprawdę, głęboko i prawdziwie doceniać to, co mam.
Zdrowe dzieci, męża który się o nas troszczy i dach nad głową. Chrzanię to moje codzienne dywagowanie na temat pierdół, które powinnam już dawno zostawić w niepamięci.
Dzisiaj, zamiast wiercić mojemu Mężowi dziurę w brzuchu o kolejną pierdołę, a moje dzieci zaganiać w nerwach do wieczornego sprzątania zabawek, dam sobie na wstrzymanie. Zrobię wszystkim kolację i będę patrzeć na nich jak na największe skarby, jakie posiadam, których nigdy nie chciałabym stracić.
Bo tak łatwo to wszystko stracić. Tak nietrudno o to, aby ta szczęśliwa bańka pękła i by płynęły łzy, których nigdy byśmy nie chcieli zobaczyć na policzkach naszych najbliższych…
Zaprzątajmy sobie głowę tylko tym, co ważne. Celebrujmy każdą chwilę. Kolekcjonujmy codzienne wspomnienia <3
P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Jeśli macie ochotę puścić go dalej w świat – z góry dziękuję! :*







