Mam wielką nadzieję, że po tym blogowym poście już więcej nie dostanę od Was wiadomości, w których zadacie mi pytanie w stylu: „Magda, skoro Twoje dzieci mają gorszą odporność, to spróbuj lewoskrętnej witaminy C! Ona zdziała cuda!„
Albo: „Magda, lewoskrętna witamina C, którą polecił w swoim video na Youtube’ie znany „lekarz”, jest niesamowita!”. Albo jak przedwczoraj: „Szczęśliwa, czy podawałaś już może lewoskrętną witaminę C i jakie widzisz efekty?!”
Myślałam, że wszyscy już znają prawdę dotyczącą lewoskrętności witaminy C. Okazało się jednak, że „lewoskrętna witamina C” tak jak kilka lat temu zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, tak jeszcze nie skończyła tych kręgów zataczać, i właściwie ma się całkiem dobrze w umysłach wielu ludzi. W tym oczywiście rodziców, którzy zrobią wszystko, aby ustrzec swoje dzieci przed chorobami. Producenci i ci, którzy rozprzestrzeniają informacje na temat lewoskrętnej witaminy C, doskonale wiedzą, co robią – trafiają na podatny grunt często zdesperowanych ludzi i w imię ich dobra będą im ściemą w twarz walić.
Kiedy przedwczoraj Ania zapytała mnie w swoim mailu, czy podaję lewoskrętną witaminę C moim dwóm synom, to skapitulowałam. Ponieważ z Anią wcześniej już korespondowałyśmy i wiem, że jest ona bardzo rozsądną osobą, doszłam do wniosku, że dziewczyna po prostu zaufała komuś, kto tę bzdurną informację jej przekazał!
Kto przekazał jej tę informację o lewoskrętnej witaminie C?
Zielarz, który zajmuje się leczeniem jej całej rodziny i pobiera za to grubą kasę! Bez komentarza. Dlaczego grubą? No bo skoro za jedną wizytę Ania płaci mu 150 złotych, a potrafi takich wizyt mieć w roku co najmniej kilkanaście z racji chorujących non stop dzieci, to policzyć można to sobie bardzo szybko. Rocznie Ania zostawia kolesiowi 3 klocki, m.in. za to, że facet bzdury jej opowiada i to w temacie tak istotnym i weryfikowalnym jak witamina C.
Szczęślivcy, mam nadzieję, że większość z Was już to wie, ale napiszę to w jednym zdaniu:
Nie istnieje coś takiego jak lewoskrętna witamina C!
” Witamina C to kwas L-askorbinowy. Litera L oznacza izomer o konfiguracji względnej L. Nazwanie jej lewoskrętną witaminą C prawdopodobnie wzięło się z tego, że oznaczenie L pochodzi od łacińskiego laevus, czyli lewy. Nie można jej jednak nazwać lewoskrętną witaminą C z tego powodu! Będzie to pomieszanie pojęć – konfiguracji względnej i skręcalności optycznej. Dodatkowo rozróżnianie witaminy C lewo i prawoskrętnej nie ma żadnego sensu. Rzeczywiście kwas askorbinowy może występować jeszcze jako kwas D-askorbinowy. Jednak nie jest on witaminą C. Wynika to z tego, że inna struktura przestrzenna cząsteczki powoduje, że nie pasuje ona do enzymów, transporterów, receptorów białkowych itd. w naszym ciele (i przy okazji wszystkich innych istot żywych na tej planecie). Przez to ma tylko ułamek aktywności witaminy C, głównie funkcje antyoksydacyjne – wolne rodniki reagują z kwasem askorbinowym niezależnie od jego struktury przestrzennej. Oznacza to, że kwas D-askorbinowy nie jest witaminą C, ale jest antyoksydantem.
Żeby było zabawniej, kawas L-askorbinowy skręca światło spolaryzowane (nie światło lasera!) w… prawo.Więc w zasadzie prawdziwa witamina C, jest prawoskrętna, co zbadano eksperymentalnie. Natomiast kwas D-askorbinowy skręca światło spolaryzowane w lewo. Witaminy C, która skręca światło spolaryzowane w lewo nie ma.
Krótko mówiąc, termin lewoskrętna witamina C to wykluta z ignorancji bzdura, która została umiejętnie przekuta w marketingowy slogan bez pokrycia w podstawach chemii organicznej. „
SŁOWEM: Nie ma czegoś takiego jak lewoskrętna witamina C.
Warto, abyście przekazali swoim znajomym, którzy powielają ten mit naprawdę głęboko zakorzeniony od jakiegoś czasu w sieci, żeby nie dali się nabrać na preparaty za miliony złotych monet, które nie mają żadnych właściwości witaminy C, bo witaminą C po prostu nie są. Sprzedawane są zazwyczaj wyłącznie w sieci, bo w aptekach już z tego co wiem, tych bubli nie znajdziecie. I całe szczęście!
I jeszcze jedna sprawa, o której również często słyszę, ale nikt nigdy nie jest w stanie mi podać uzasadnienia swojej teorii. Ostatnio jedna osoba z mojej bliskiej rodziny powiedziała coś ciekawego, z czym również się nie zgadzam, że:
„Witamina C syntetyczna, zawarta w preparatach, to ściema i liczy się tylko ta naturalna witamina C, bo ona działa, a syntetyczna nie działa.”
To również bzdura! Jedyną przewagę, jaką ma witamina C naturalnie występująca w pożywieniu, to jej większa przyswajalność i dłuższy czas utrzymywania w organizmie. Z chemicznego punktu widzenia witamina C znajdująca się w owocach czy warzywach, również jest syntetyczna, ponieważ powstała na drodze reakcji chemicznej z cukrów. Dlatego niezależnie od tego, jakie jest pochodzenie witaminy C (czy jest ona z laboratorium czy np. z warzyw i owoców), to ma ona identyczną budowę i identyczne właściwości!
Korzystałam z John McMurry, Chemia Organiczna, Polskie Wydawnictwo Naukowe PWN
Czyli powracając do pytania, które zadałam w tytule postu:
Co się strasznego zatem stało, kiedy moje dzieci przyjęły ostatnio w jednym z produktów żywnościowych lewoskrętną witaminę C?
Po pierwsze: lewoskrętna witamina C zwyczajnie nie istnieje! A po drugie: nic się z nimi nie stało, bo takowej nie dostały. Podaję im po prostu witaminę witaminę C w żywności i np. w sokach z malin etc.
Ot, co! :-)
P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Jeśli macie ochotę puścić go dalej w świat – z góry dziękuję! :*







