Sytuacja miała miejsce prawie trzy i pół roku temu. Mój starszak miał niespełna pół roku. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze w maleńkiej kawalerce z mikrym przedpokojem i łazienką niespełna dwa metry na dwa.
Cholernie miło wspominam te czasy, bo mam wrażenie, że żyjąc na małym metrażu więcej rozmawialiśmy i częściej staraliśmy się wychodzić z domu. Większe mieszkania rozleniwiają trochę człowieka, choć to może kwestia nie metrażu a po prostu innych okoliczności? Już sama nie wiem. Nieważne :-)
Mieszkaliśmy wtedy naprzeciwko sąsiada, który pukał do nas od czasu do czasu. A to pożyczyć śrubkę, a to podrzucić awizo od listonosza. A to odebrał za nas paczkę i nam ją przekazywał. Bez specjalnie zażyłych stosunków, ale staraliśmy się sobie nawzajem pomagać. Facet nigdy nie owijał w bawełnę. Walił zawsze prosto z mostu, nie miał nigdy złych zamiarów i był zawsze życzliwy. Spoko ziom – tak bym powiedziała. Co w sumie cieszy, bo gdy słyszę o tej współczesnej sąsiedzkiej anonimowości i niektórych sąsiadach, którzy nawet sobie „dzień dobry” nie mówią, to mam wrażenie, że to wszystko idzie w złą stronę. A może się mylę? Sami oceńcie.
Normalny, spokojny sąsiad. Facet pewnie pięćdziesiątkę miał na karku. Bez dzieci „na stanie”.
Opiszę Wam sytuację, której chyba nigdy nie zapomnę a już próbowałam ją opisywać wyżej, ale (cholera) znowu wrzuciłam za dużo szczegółów mimochodem ;-)
Starszak wtedy miał niespełna 6 miesięcy. To był wieczór – idealna pora, którą chcąc nie chcąc upatrzyły sobie kolkujące dzieci. Wybiła godzina 19.30 a mojego Syna aż skręcało od kolek. Byłam wtedy sama w domu. Tamtego wieczoru próbowałam już chyba wszystkiego. Najpierw był termofor z pestek wiśni, później masaże. Ciepła kąpiel. Szumy. Bujanie. Huśtanie. Pierś. No nic już (kur…) wtedy nie pomagało. Minęły pewnie ze trzy kwadranse a młody darł się i darł, jakby mu nogi z tyłka wyrywali. Miałam ochotę skapitulować, bo zupełnie nie wiedziałam, jak mogę pomóc mojemu dziecku. Wyrywałam już sobie włosy z głowy i w pewnym momencie po godzinie męczącej walki i milionach prób głośno rzuciłam coś w stylu:
„Do jasnej cholery, co ja jeszcze mogę zrobić?!!!!”
Totalna matczyna bezsilność mnie wtedy ogarnęła. Miałam ochotę wyć do księżyca, ryczeć i walić głową w ścianę. I w tym właśnie momencie mój Syn jak gdyby nigdy nic … zasnął! Cisza jak makiem zasiał!
I nagle słyszę pukanie do drzwi! Ale to takie pukanie, jakby się paliło co najmniej i musiałabym się zaraz ewakuować. Pobiegłam do drzwi, otworzyłam je i zobaczyłam przed sobą mojego sąsiada:
– Magda, co Ty go katujesz czy jak, że on tak się drze, jakby go ze skóry obdzierano?!!!
Sąsiad był mega rozemocjonowany.
Popatrzyłam na niego jak na durnia:
– Że co?! – zapytałam, zupełnie nie wiedząc skąd takie dziwne aluzje i to walenie do drzwi.
– No tak tylko chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku. Pokaż mi młodego.
Wszedł do pokoju na paluszkach, zajrzał do kosza mojżesza, w którym jeszcze wtedy mieścił się mój starszak, wypuścił powietrze z płuc i odsapnął.
– Aaaa śpi już. To dobrze. To ja idę. – wyszeptał.
I po prostu wyszedł. Mnie zamurowało. Właściwie jakbym zapomniała języka w gębie. Nie wiedziałam, jak to miałam skomentować. Dopiero po chwili otrzeźwiałam. Najpierw poczułam wkurzenie, że koleś wparował mi na chatę i zadał durne pytanie. Później jeszcze wszedł do domu i kazał sobie pokazać dziecko. I wyszedł.
Za chwilę jednak do mnie dotarło coś mega ważnego! On nigdy nie wparowywał nam tak do mieszkania. Tamtego dnia on zwyczajnie usłyszał drące się dziecko przez dłuższy czas, później usłyszał mój krzyk a następnie totalną ciszę. Facet się przestraszył, że coś mogło się stać dziecku. Dotarło do mnie, że to była prawidłowa reakcja dorosłego człowieka, który w emocjach chciał się dowiedzieć, czy wszystko jest ok!
Poczułam ulgę i wiecie co jeszcze? Wdzięczność! Cholerną wdzięczność za to, że mieszkam koło faceta, który nie ma znieczulicy na potencjalną ludzką krzywdę.
Co ciekawe. Następnego dnia przyszedł raz jeszcze, przeprosił za poprzedni najazd i wyjaśnił, że bał się, że dziecku działa się wtedy krzywda. Przeprosił też za to, że od razu się nie wytłumaczył, ale był cały roztrzęsiony i nie działał racjonalnie.
I teraz już totalnie końcowa konkluzja: życzyłabym nam takich sąsiadów! Ba, ja obiecałam sobie, że sama będę taką sąsiadką! Bez znieczulicy na krzyk czy płacz dziecka. Nie będę się bała sprawdzić, czy wszystko jest ok, gdy usłyszę coś niepokojącego. Będę działać! W czasach, gdy dzieciom mieszkanie obok łamane są kości przez pijanych rodziców, gdy dzieci są podduszane i katowane, podtapiane, bite do upadłego a później kończą swój żywot albo w męczarniach albo już na zawsze będą miały rysy ofiar, którym nikt nie pomógł (bo co prawda coś tam słyszał, ale nie miał odwagi zareagować. )
Trzeba reagować! Choćbyśmy mieli być w błędzie, mamy szanse albo upewnić się, że wszystko z dzieckiem jest okay a ten krzyk był naturalnym zdarzeniem bez znamion przemocy, albo mamy szansę uratować czyjeś życie.
Nigdy nie stójmy po stronie bezczynności.
Piąteczka!







