Ta historia jest bardzo niecodzienna. Przy okazji jest mi bardzo bliska. Za moment powierzę Wam pewne informacje i poproszę Was o zachowanie ich tylko dla siebie, a następnie o ich wykorzystanie.
Zacznę od początku.
Prawdopodobnie wiecie, że macierzyństwo ma swoje mroczniejsze strony. To zachwycanie się każdym dziecięcym uśmiechem i obracanie tych małych rączek w naszych dłoniach momentami przestaje nas bawić, a zmęczenie i rezygnacja potrafią dać nam w kość. Każdy z nas ma inną historię swojego życia, inne wsparcie bliskich i pomimo iż możemy żyć całkiem niedaleko siebie, to czasami nasza perspektywa i realia, w których się obracamy, są totalnie różne.
Jak dziś pamiętam moment, gdy mój pierwszy Syn leżał w kołysce. Miał wtedy pewnie 2-3 miesiące a mój Mąż musiał lecieć do pracy na drugą półkulę. Ja, totalny świeżak, bez większej pomocy bliskich, zostałam w domu sama. Pierwsze dni sam na sam z dzieckiem były znośne, ale już kolejne wcale nie przypominały macierzyńskiej sielanki, o której niektórzy bębnią wszem i wobec. Zostałam sama. Mój Syn cierpiący na kolki wył całymi dniami i nocami, a ja ledwo patrząc na oczy obojętniałam na jego płacz. Wyjście z domu po mleko i chleb było dla mnie katorgą, bo źle zrastająca się blizna po cesarskim cięciu i płaczące dziecko 24/7 wcale nie pomagały w kontakcie ze światem zewnętrznym.
Zamknęłam się w sobie, ryczałam co chwilę i tępym wzrokiem liczyłam szlaczki na ścianie w naszym poprzednim mieszkaniu. Bałam się kogokolwiek poprosić o pomoc. Ba! Mam wrażenie, że każdy myślał, że ja sobie świetnie radzę, tymczasem prawda wcale nie była taka różowa. Ja marzyłam o tym, aby ktoś przyjechał, wziął dziecko na spacer, zrobił mi pranie i pozwolił mi odespać chociaż 3 piekielne godziny! Nikt taki się nie zjawił. Nikt się nie domyślał się, że za tym ukrytym uśmiechem, który przyklejałam sobie do twarzy każdego ranka, jest już rezygnacja, zmęczenie i brak wiary w siebie. A ja nie miałam śmiałości kogokolwiek o nic prosić, bo wydawało mi się, że wyjdę na totalnego lesera.
Rzucona zostałam na dość głęboką wodę [wszak niekażdy musi być matką-heroską] bo nasze rodziny były oddalone o setki kilometrów a charakter pracy mojego Męża nie pozwalał na bycie z nami każdego miesiąca. A każdy z rodziny miał swoje sprawy i nie przypuszczał, że jest mi ciężko.
Dzisiaj wiem, że miałam wtedy wokół siebie życzliwych ludzi, tylko oni nie wiedzieli jak do mnie podejść, by mi pomóc! Patrzyli na mnie, wierzyli że ten uśmiech lekko skrzywiony na mojej twarzy to chyba dowód szczęścia, a to zmęczenie i worki pod oczami to normalka u każdej matki.
Teraz wiem, że to był klasyczny baby blues, który o dziwo i całe szczęście nie przekształcił się w depresję poporodową, choć myślę, że niewiele brakowało. Myślę jednak, że takich kobiet jak ja w tamtym momencie, jest w Polsce naprawdę wiele! Choćby jedna z nich, Marta, która napisała kilka dni temu poniższy apel z pewnością zakrapiany morzem łez, które starałam się jej otrzeć mailowo:
” […] Magda! Ryczę dniami i nocami w poduszkę. Mój K. w Norwegii na kontrakcie. Nasze maleństwo ma trzy miesiące a ja nie mam już siły do niego wstawać. Nie mam siły wychodzić z domu, pchać gondoli i uśmiechać się do zaczepiających mnie przechodniów zaglądających do wózka.
Jestem padnięta. Moja matka zostawiła mnie jak byłam mała, ojciec nie żyje a teściowie zagranicą. Jestem tutaj sama jak palec, bez bliskich, bez pomocy.
[…] Czuję, że od środka umieram. Ledwo powłóczę nogami. Nie dosypiam. Marzę o chwili dla siebie, choćby kwadransie, bo dziecko wysysa ze mnie resztki energii. Madzia, zapytaj się dziewczyn, co ja mam robić? […] Czy ktoś może mi jakoś pomóc, doradzić? Mąż przyjeżdża dopiero za miesiąc a ja znikam. Zaraz cała zniknę! Czy tylko ja jestem taka słaba a wszystkie matki dają radę? Zmień tylko moje imię, proszę […]”
Kochana! Nie, nie tylko Ty miewasz chwile zwątpienia! Każda z nas ma prawo do gorszych chwil. Jeśli nie potrafimy wołać o pomoc, jak Ty teraz, choć uważam, że ten mail do mnie był pewnego rodzaju deską ratunkową, i dziękuję ogromnie za zaufanie! No właśnie, jeśli nie potrafimy wołać o pomoc, to musimy liczyć na to, że zjawi się koło nas Anioł, janioł, dobra dusza, jakkolwiek go zwać. Taki ktoś, kto będzie czujny. Będzie miał oczy i uszy otwarte. Takim Aniołem dla kobiet w takim położeniu jak Marta, często będzie druga kobieta! Druga wrażliwa osoba, które dostrzeże te zamglone i załzawione oczy. Zobaczy to zmęczenie. Poda dłoń, poklepie po plecach. Przyniesie tulipana i pogada.
Tak, dziewczyny. Bo my mamy niesamowita moc dostrzegania pewnych niuansów! Wychwytywania pewnych emocji, które druga kobieta głęboko w sobie ukrywa.
Mam teraz takie marzenie. Czy mogę? Wiem, że każda z nas ma swoje życie i swoje problemy. Ale rozglądnijmy się dookoła nas. Bardzo proszę! Czy przypadkiem nie ma koło nas drugiej Marty? Marty, która może być naszą sąsiadką, daleką kuzynką lub koleżanką? Próbującą radzić sobie samodzielnie, jednak jest jej cholernie trudno? Może jest macierzyńskim świeżakiem i nie może liczyć na pomoc z zewnątrz? A może ma już trójkę dzieci i zwyczajnie nie ma nawet czasu na umycie głowy w świętym spokoju? Może jest szansa na to, abyśmy takiej Marcie ulżyły w tych początkach i chwilowych trudach? Wzięły dziecko na chwilę na spacer? Albo zaprosiły jej malucha na godzinną zabawę z naszym. Zaprosiły na kawę? Cholernie wierzę w nasze kobiece umiejętności wyłapywania takich cierpiących dusz, którym czasami wystarczy odrobina pomocy z zewnątrz, aby dać im siły do walki o łatwiejsze jutro. Kurde, będziemy czujne, dobra?
Marzy mi się, aby takiej drugiej Marty szukała teraz cała Polska! Abyśmy miały oczy i uszy otwarte. Bo taka Marta może być wszędzie? Kto wie, czy Ty nią kiedyś nie byłaś? Albo Ty nią nie jesteś obecnie? #GirlPower!
Siła jest kobietą!
Piona! :*
P. S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Możecie też go podać dalej. Dziękuję! :*







