Na wstępie od razu zaznaczę, że mój blog to nie poradnia leczenia złamanych serc i miejsce, w którym ktokolwiek kiedykolwiek znajdzie receptę na swoje nieudane związki. Choćbym chciała pomóc, to często nie potrafię.
Po pierwsze, nie mam wiedzy psychologicznej, aby zbadać te ukryte meandry ludzkiej psychiki. A po drugie, nie mam recepty na szczęście. Dlaczego nie mam? Bo ja sama wielokrotnie dostaję po tyłku i w ten sposób się uczę. Momentami mogę być bardziej doświadczona, np. w tematach damsko-męskich, bo jako dawna zapalona randkowiczka i specjalistka od łamania męskich serc ;-) mogłam nabyć doświadczenie poprzez praktykę. W chwili obecnej jestem jednak typem przykładnej żony, która ustabilizowała się i zacumowała w pięknym, słonecznym porcie. Dorobiła się statku „matki” i dwóch małych jachtów, które za nami podążają. I tyle w temacie ;-)
Dlaczego więc poruszam dzisiaj temat tego jednego, jedynego aspektu, który jest kluczowy, w tym, aby nigdy nie musieć mierzyć się z paskudnym rozwodem, który jest koniecznością dla wielu par?
Pomijając przypadki, w których doszło do małżeństwa przez totalną pomyłkę i rozwód był jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Albo dlatego doszło do rozwodu, że jedna ze stron doszła do wniosku, że w dupie ma wierność i uczciwość, a także całą resztę niezbędnych przymiotów. I abstrahując od tych sytuacji, w których okazuje się, że partner jest jednak homoseksualny, a nie jak zapewniał, że jest typem hetero – tak, również takie kwiatki dostaję na maila. To oprócz tego typu przykładów jak powyższe, jest jedna, cholernie ważna rzecz, dzięki której najprawdopodobniej nigdy nie dojdzie do rozwodu, bo nie będzie ani takiej potrzeby ani konieczności. To jest jedna z tych rzeczy, dzięki której prawdopodobnie nie będziemy musieli wychodzić z rzeki małżeństwem zwanej, bo w tej rzece będzie nam po prostu dobrze, a może i nawet zajebiście!
O tej jednej rzeczy za moment, zaraz po tym jak przytoczę Wam zdanie mojej starej znajomej, która właśnie złożyła w sądzie papiery rozwodowe i czeka na rozwój wydarzeń. Na potrzeby tego postu nazwijmy moją koleżankę Agnieszką.
Aga nie ma dzieci. „Na całe szczęście” – dodała niedawno. Ma natomiast męża, którego nazywa „Panem Pomyłką.” Żeby było ciekawiej siebie nazywa „Panią Pomyłką.” i zupełnie nie krępuje się stwierdzać, że oboje byli głupi i naiwni sądząc, że po ślubie poznają się i dotrą niczym plastelina.
Aga napisała mi ostatnio na Messengerze coś, co postanowiłam zapisać w głowie. A ponieważ pozwoliła mi podzielić się swoimi przemyśleniami publicznie, jedynie zapewniając jej anonimowość, to właśnie to czynię. Nasza wymiana zdań to kilkugodzinne maglowanie tematu, jednak jeden fragment utkwił mi szczególnie. Ja co prawda nigdy tego sobie głośno nie wizualizowałam, ale zanim powiedziałam mojemu mężowi „TAK”, to upewniłam się, że koleś, który ma być moim mężem myśli i chce podobnych rzeczy do mnie:
„Magda, gdyby mężczyzna i kobieta określili swoje oczekiwania względem życia zanim zdecydują się na małżeństwo, to nie musieliby się teraz wkurwiać na siebie i latać po sądach, jak ja z Antkiem (imię zmyślone). Gdybyśmy wcześniej powiedzieli sobie czarno na białym, że dzieci chcemy lub ich nie chcemy, albo że całe życie chcemy podróżować stopem zamiast ciułać na pięciogwiazdkowe hotele, to nie musielibyśmy spinać się o to w trakcie małżeństwa! […]
Gdybym od razu zaznaczyła, że nie chcę mieć za faceta kanapowca, a chcę mieć kogoś, kto będzie mnie wspierał i motywował, to nie musiałabym teraz przechodzić tej rozwodowej męki pańskiej!
Gdybym mu od razu powiedziała, że moim marzeniem nie jest patrzeć jak gra w Play Station całymi nocami, a marzy mi się czwórka dzieci, które będziemy wychowywać wspólnie, to nie musiałabym teraz wkurwiać się na kolesia, który stwierdził, że on dzieci w sumie to nie chce, nie lubi i woli kupić nam kota i papużki faliste na Wielkanoc. […]
Gdybym pokazała facetowi dobitnie, że nasze życie nie będzie wyglądało, jak życie jego rodziców, gdzie jego matka zapier..ala ze ścierką, gotuje, pracuje i prasuje facetowi skarpetki, a sześćdziesięciolatek leży na kanapie i czyta Gościa Niedzielnego, to nie musiałabym teraz pisać tych bzdur i szlochać Ci w rękaw!
Kur…wa, Magda. Co mam Ci powiedzieć? Ty dobrze trafiłaś, a właściwie dobrze wybrałaś. Ale życzyłabym sobie i innym kobietom, abyśmy nie patrzyły maślanymi oczkami na naszych potencjalnych przyszłych mężów i nie łudziły się, że ten materiał to będzie kiełbasa pierwszego sortu. My mamy ten towar najpierw przebrać i wybrać świeży, nie spleśniały i taki, który nie udaje szynki extra 100%, tymczasem tak naprawdę to jest konserwową po terminie. „
Reasumując – mówmy, czego oczekujemy od faceta! Przebierajmy kolokwialnie to nazywając „towar”. Nie uczepiajmy się przecen, które niekoniecznie są tym, czego szukamy. Nie bójmy się wychowywać i głośno mówić o naszych oczekiwaniach. Stawiajmy sprawę jasno i wymagajmy tego samego od drugiej strony. I oczywiście, że vice versa, żeby nie było, że uczepiłyśmy się tych biednych panów.
Życie, cholera, jest zbyt krótkie, aby męczyć się z podróbką, która tylko z zewnątrz imituje coś, za co próbuje się podawać. O ile łatwiej żyje się nie musząc zakładać na nos różowych okularów.
Słowo klucz: mówienie głośno o swoich oczekiwaniach i potrzebach, i określanie ram, w których będziemy się wspólnie poruszać. To myślę zaoszczędziłoby nam nerwów i niedomówień na przyszłość. Sama „miłość”, to chyba zbyt mało, aby móc budować trwały, stabilny, współpracujący i kochający się duet.
Czas skończyć z tezą, że ktokolwiek się domyśli, że my mieliśmy coś na myśli ;-)
P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Jeśli macie ochotę puścić go dalej w świat – z góry dziękuję! :*







