Mam wrażenie, że żyjemy w trochę dziwnych czasach. W czasach, w których z jednej strony tak bardzo pragniemy tej niezależności i za wszelką cenę chcemy udowodnić całemu światu, że sami damy radę. Z drugiej jednak strony potrafimy [albo i nie] przyznać się do naszych słabości i oczekujemy od otoczenia pomocy.
Przez większość mojego życia należałam do tej dumnej z siebie grupy, która to chce być we wszystkim najlepsza. Która to również uważa, że świetnie sama da sobie radę i nie potrzebuje niczyjej pomocnej dłoni.
Życie singla nie jest jednak skomplikowanym żywotem i aż głupio by było nie potrafić poradzić sobie z samym sobą. Jednak kiedy założyliśmy z moim M. rodzinę, musiałam odrobinę przewartościować swoje poglądy. Już nie siliłam się za wszelką cenę na tę moją dotychczasową niezależność i zajebistość z samowystarczalnością pomieszaną. I zaczęłam uczyć się tej jakże ważnej umiejętności jaką jest wyciągniecie ręki po pomoc do moich bliskich.
Za każdym razem, gdy to robiłam, przełykałam ślinę, zaciskałam zęby i werbalizowałam moją prośbę. Kosztowało mnie to sporo odwagi, bo jak to? Ja, taka zawsze niezależna i multifunkcjonalna kobieta, nagle okażę się słaba w jakiejś dziedzinie życia? Co inni mogą sobie o mnie pomyśleć? Nie lubiłam sytuacji wiązanych, zobowiązujących mnie do bycia wdzięczną komuś za coś. Zupełnie zapomniałam, że w rodzinie ta zasada nie działa. Zapomniałam [O, głupia ja!], że w rodzinie nie musi być zawsze po równo. Nie trzeba oczekiwać remisów. Nie musimy silić się na wyrównywanie jakiejś przysługi. W rodzinie po prostu rozumiemy nasze potrzeby i staramy się być zawsze tam, gdzie bliscy których kochamy tego potrzebują. Ja wiem, że rodziny są różne, i że każdy może mieć coś za pazurami, jednak warto się starać i walczyć o poprawne stosunki. Po prostu warto, ja to wiem.
Może trochę okrętnie przechodzę do meritum, ale uważam że właśnie tędy droga, aby przejść do sedna sprawy, którą chcę poruszyć. Bo skoro jesteśmy podobnego zdania, że w rodzinie nie powinniśmy się wstydzić prosić o pomoc, lub też nie powinniśmy mieć obaw, aby oferowaną pomoc przyjąć. Toteż skoro jesteśmy tego samego zdania, to co powiecie na sytuację, w której to nasi bliscy wypinają się na nas i uważają, że mamy sobie sami poradzić w sytuacji, która czasami ma prawo nas przerastać?
Mam cudownych rodziców. Mam rodziców, którzy gdyby tylko mieli więcej czasu i mieszkali bliżej mnie, pomogliby mi w tych macierzyńskich początkach. Zawsze mogłam liczyć na moją mamę, która co prawda mieszka w dalekiej Norwegii, jednak zawsze się stara, aby choć na chwilę ze mną być i mnie odciążyć. Choćby to miał być ten jeden, jedyny dzień w roku, na który przyjeżdżała. Wyciskała wtedy z siebie siódme poty i robiła piruety byle tylko ulżyć mi w tych pierwszych miesiącach, gdy ten mały człowiek daje w tyłek najbardziej. Ona zwyczajnie wiedziała, że brak snu, dwójka dzieci na stanie, i burza hormonalna to jest ten czas, w którym ja potrzebuję tego wsparcia najbardziej na świecie. I przyjmę każdą pomoc byle tylko utrzymać głowę nad poziomem wody i nie utonąć.
Bo w macierzyństwie zdarza się, że toniemy. Zdarza się, że bezsilność daje nam wycisk. Zdarza się również, że brak snu nie pozwala nam na to, aby podnieść się z łóżka. Zdarza się także, że brakuje nam chęci i sił do życia. Brakuje nam tak naprawdę wszystkiego, a pod dostatkiem mamy tylko jedno: mamy litry łez, które cisną nam się do oczu i wykręcają kąciki ust w skrywane łkanie. Początki macierzyństwa to nie jest bułka z masłem. To ciężki kawałek chleba i zrozumie to pewnie w pełni tylko druga matka, która przeszła podobną drogę.
Dlatego też, chciałabym tak po cichutku, ale stanowczo zaapelować do tych, których sumienie nie rusza. Którzy chociaż mieszkają blisko swoich córek czy synowych, partnerek Waszych synów. Do mężów. Do partnerów. Którzy mają czas. Których powstrzymuje lenistwo. Bądź powstrzymują zaszłości, resztki kłótni czy też inne ślady rodzinnych perypetii. Że ten moment, w którym pojawia się nowy członek Waszej rodziny. To absorbujace i wyciskające do cna maleństwo.
To właśnie jest ten moment, w którym powinniście się zerwać na równe nogi i ruszyć z pomocą!
To jest ten moment, w którym powinniście zapomnieć o tym co Was dzieli i przypomnieć sobie o tym, co Was może łączyć!
Bo sił kobieta nie ma niewyczerpanych, a nocy bezkresnych! Nie ma ona również charakteru ze stali, męża zawsze na posterunku i uśmiechu wiecznego na twarzy.
W tym jakże cholernie trudnym momencie powinniście po prostu BYĆ. Być z nią, z nimi, z Waszą rodziną.
Powinniście zapomnieć o przeoczonych odcinkach seriali, które ominą Was, gdy będziecie Waszym wnukom pomagać.
Zapomnieć również o niepodlanych kwiatach na balkonie, które mogłyby uschnąć, gdy Wy zmieniacie wnuczce pieluchę.
Zapomnieć o tym play station, o piwie z kumplem czy cieplutkiej kanapie.
Po prostu zapomnijcie na chwilę o sobie, a przypomnijcie sobie o tym, że to w tej wielopokoleniowości siła. Siła w rodzinie. Siła w tej Waszej wspólnej niezłomności, która niesie Was przez życie i poniesie również następne pokolenia.
Nie szukajcie wymówek. Wymówki są dla słabych.







