W oczach pewnej osoby wyszłam ostatnio na bezczelną ignorantkę, która nic nie robi sobie z utrzymywania kontaktów międzyludzkich. Żeby tego było mało, jak gdyby nigdy nic bez większego przepraszam miałam odwagę wyprosić ją grzecznie za drzwi, wraz z całą familią, kiedy okazało się, że cała rodzinka jest chora.
Po tej sytuacji zostałam po cichutku mianowana największą jędzą świata i cholernie przewrażliwioną Matką Polką. Podobno panikuję i sieję zamęt, a moje dzieci wyrosną na jednostki o zerowej odporności i będą dostawać kataru jak tylko trochę mocniej zawieje halny.
A to było tak. Byliśmy umówieni z dalszymi znajomymi na popołudniowe spotkanie u nas w domu. Małżeństwo z dwójką dzieci. Bardzo sympatyczni ludzie, swoją drogą. Ich dzieciaki odrobinę starsze od naszych. Już przedszkolne. Zadzwonili do drzwi, przywitaliśmy się. Ściągnęli płaszcze i buty, i weszli do głównego salonu.
Moje dzieciaki podniecone, bo uwielbiają nowe osoby. Obsiadły towarzystwo doszczętnie i … nagle słyszę kaszel jakby przetykane były rury kanalizacyjne! Taki oskrzelowy, duszący z odbijającą się wydzieliną, dobiegający od jednego z dzieci!
– A wiesz, jeszcze do środy byli zdrowi a od rana już jakaś infekcja im się szykuje. No nie nadążam za tym ich chorowaniem. Temperatury jeszcze nie mają, ale widzisz sama, przyłóż jej rękę do głowy. I jak? Choróbsko chyba będzie ich rozbierać, co nie? – mówi do mnie znajoma.
A ja tak jak stałam, tak zbladłam w jednej sekundzie! Dopiero co mi chłopcy wyszli z przeziębienia z gilami do pasa, nocki mieliśmy wszyscy przez to fatalne, a tu wbija mi dziewczyna na chatę i otwarcie mówi, że jej dzieciaki chyba właśnie zaczynają chorować.
Cho-kurwa-rować! W mo-im do-mu rozwija się u jej dzieci infekcja, a ona jak gdyby nigdy nic przychodzi do mnie wiedząc, że z naszą odpornością ostatnio wybitnie w kratkę. Za nic nie ma skrupułów, aby mi do domu wirusowo-bakteryjny syf przynosić. Wybaczcie te moje wywody, ale zagotowałam się w środku wtedy i trafił mnie szlag. Miałam ochotę podejść do niej wtedy, spojrzeć jej prosto w oczy i powiedzieć: „Czyś Ty kobieto zdurniała?”
Pewnie niektórzy pomyślą, że przesadzam i że zrobiłam z igły widły. Otóż nie, nie przesadzam! Każdy rodzic wie, jak każdą rodzinę paraliżuje choroba. Co więcej, w naszym przypadku kiedy mojego Męża czasami nie ma tygodniami, a ja zostaję z moimi chłopakami sama na posterunku, to mam ochotę przy każdej ich chorobie strzelić sobie kulką w łeb! Wszystko wtedy jest na mojej głowie i nie ma mowy o żadnych nocnych dyżurach czy jakiejkolwiek pomocy rodziny, psia mać. Dom, praca, dzieci, choroba. Do syta.
Wybełkotałam tylko: „Ty tak na serio?!”
Kiedy dziewczynie zadałam to pytanie, to jedyne na co było ją stać w tamtym momencie, to zrobić wielkie oczy Shreka i udać zażenowanie.
„Ale oni nie są jeszcze chorzy. Niepotrzebnie panikujesz.”
– odpowiedziała w momencie, w którym jej drugie dziecko wytarło sobie właśnie w rękaw zielone gile i usmarowało nimi pół twarzy. Wypieki na twarzy okołogorączkowe i kaszel jak u gruźlika.
„Moja droga, jeśli dzieciaki są przeziębione to wypada je do jasnej cholery doleczyć. Ulżyć im w przeziębieniu, choć w tym wypadku raczej chorobie chyba? (I co chyba mega istotne – nie panoszyć się innym po domach rozsiewając wirusy. – to już dodałam tylko w myślach…)
„Jeszcze nie są chore, powiadasz? Kochana, nie chcę być niegrzeczna. Ale czy ja wbijam Ci na chatę z zasmarkanym na zielono towarzystwem, które ledwo słania się na nogach? Wiesz. Nie miałabym ani ochoty ani odwagi przyjść do Ciebie na herbatkę wiedząc, że moje dzieci właśnie coś rozkłada. Ba! Głęboko wierzę, że to własny dom jest od chorowania. Nie dość, że Twoje dzieci marnie wyglądają, bo ewidentnie coś im jest, co zresztą sama przyznałaś, to zaraz moje będą chore. Reflektujesz na nocne dyżury przy ich łóżku?”
Przebąkując coś pod nosem o braku odporności i nie moim biznesie, tak jak stali tak się ubrali i wyszli. Niedobra ja. Niegrzeczna. Nietowarzyska jędza, która będzie ludziom mówić, kto ma prawo być w jej domu chory a kto nie.
Tak, dokładnie. Jestem wrednym babskiem, które woli cieszyć się zdrowiem swoich dzieci i nie panoszy się, choćby mogła, po domach innych ludzi, kiedy jej maluchy słaniają się gorączkowo z gilem do pasa. Tak, jestem odpowiedzialną wredną babą, która jasno stawia granice i wymaga od swoich gości bycia zdrowymi. Bo mój dom nie jest przychodnią, nie jest też szpitalem.
Jesteś zdrowy? Zapraszam! Chorujesz i smarkasz na potęgę – dolecz się, na Twoje i moje zdrowie, bez urazy.
Piona!
P. P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Możecie też go podać dalej. Dziękuję!







