To była jedna z lepszych lekcji, jakie otrzymałam od mojego Męża w kwestii fotografii. Postaram się opowiedzieć o niej zwięźle.
Niespełna miesiąc temu wraz z gospodarzami Przytulnego Siedliska zorganizowaliśmy konkurs. Do mnie należała jego oprawa graficzna, tzn.m.in. pomysł na plakat, który byłby jego wizytówką zarówno na blogu jak i na Facebooku. Przeglądając różne zdjęcia, które były własnością Gospodarzy, nie mogłam zdecydować się na żadne z nich. Nie pokazywały one pewnych emocji, pragnień, które mogłyby zostać zrealizowane podczas pobytu w tym miejscu, na których mi zależało.
Pokazałam mojemu M. co mam na myśli i mówię:
SZ. – Skarbie, popatrz, o to mi chodzi [ wyleciałam z moim laptopem przed jego nos]. Rozumiesz? Truskawki, sielanka, pełny brzuch, nasycenie kolorów. Pamiętasz nasze śniadania w Przytulnym Siedlisku? Tylko, cholera, to zdjęcie nie jest moje. Ale właśnie o coś takiego mi chodzi.

niestety nie znam źródła tego zdjęcia
M. – No, ale w czym problem? Zrobimy takie z palcem w d. Ba, zrobimy lepsze. [ powiedział to ze stoickim spokojem]
SZ. – Ale ja mówię poważnie. Nigdy nie będę robiła takich zdjęć. Szlag mnie trafia. Jak ludzie to robią? [ miałam ochotę się rozryczeć]. Filtry jakieś, photoszopują?
M.– Mamy truskawki, twarożek?!
SZ.– Mamy.
M. – No to zrobimy to jeszcze lepiej.
Wzięliśmy się do roboty. Podpiekliśmy pieczywo, posmarowaliśmy je twarogiem i rozkroiliśmy na nim truskawki. Zadbaliśmy o drobne rekwizyty. Udaliśmy się na taras, gdzie było dobre światło i oto co nam wyszło.

Z lekcji nr 3 wyniosłam pewną naukę:
Otóż nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko zabrać się za ich realizację.





