Ja nigdy nie byłam żywieniowym omnibusem dotyczącym diety najmłodszych. Biję się w pierś. Pewnie mógłby psy wieszać na mnie każdy dietetyk. I każdy z nich wyszukałby coraz nowsze błędy przeze mnie popełniane. W rezultacie postawiono by publiczną diagnozę: „Wyrodność do kwadratu” ;-)
Żeby było jasne: staram się tak komponować dietę, aby moje dzieci miały na talerzu smaczne i zdrowe opcje. Nie zawsze mi się to udaje. Czasami po prostu polegam i podaję naleśniki z kupnym dżemem truskawkowym. Ostatnio jednak tak komponujemy z Mężem nasze rodzinne menu, aby wszystkim smakowało a najmłodsi nie zostawili esów floresów na talerzu, tylko wszamali wszystko, co należy. Ale zanim udało nam się zachęcić chłopców do jedzenia, to musieliśmy rozwikłać zagadkę ich braku apetytu!
Tak naprawdę to trochę przechwalam się pisząc, że „znalazłam przyczynę” tego, że nasze dzieci to są niejadki. To mój Mąż znalazł tę przyczynę i celnie mi wytknął błąd przeze mnie stale popełniany. No oczywiście, że to ja popełniam większość błędów, a nie on :P
To nie podjadanie przed posiłkiem było główną przyczyną tego, że nasze bambry markotaniały na widok talerza z jedzeniem. Choć ostatnio rzeczywiście ukróciliśmy proceder nawet dawania jakichś przekąsek i skupiliśmy się na najważniejszych posiłkach. Głód jest idealną przyprawą, serio! ;-)
To również nie słodycze sprawiały, że nasze dzieci grymasiły. Słodycze są u nas raz na jakiś czas i raczej dbamy o to, aby pojawiały się po głównym posiłku a nie przed nim. Czasami nawet udaje mi się zrobić jakieś domowe słodkie wypieki, które chłopaki szamają i są przy okazji zdrowe.
To również nie moje średnie zdolności kulinarne sprawiały, że nasi chłopcy nie chcieli ruszać widelcem czy łyżką, chociaż niektórzy próbowali mi wmówić, że „jakoś ten rosół jedzą. a mojego nie chcą? dziwne doprawdy” :D
Pewnego dnia starszak podszedł do mnie i wypowiedział swoją klasyczną poranną zwrotkę:
„Mamoooo, dasz mi soćku, plośę?”
A wtedy przybiegł mój Mąż i powiedział:
„O nieee. Ivcio, poproś mamę, żeby nalała Ci wody.”
Nie oponowałam za bardzo. Woda w końcu też jest spoko. Myślałam jednak, że sok to idealna opcja dla dziecka! Żeby było jasne, ja nie mam na myśli soków z dodatkiem cukru. Zazwyczaj kupowaliśmy zdrowy, tłoczony sok, który dzieci uwielbiały, bez żadnych dodatków. Maluchy potrafiły wypić nawet ponad pół litra dziennie. Ja byłam ucieszona, że wpompowują siebie witaminki a dzieci były ucieszone, bo to im smakowało.
Nie miałam czasu wgryzać się w temat soków tłoczonych i ich plusów i minusów. Mój Mąż też jakoś nie podawał mi swoich argumentów. Znalazłam chwilę czasu, aby się doszkolić w tej materii i … bingo! To była najprawdopodobniej główna przyczyna tego, że nasze dzieci nie miały ochoty na posiłek i bawiły się widelcem!
Soki wyciskane czy tłoczone są zdrowe, nie przeczę. Znam dzieciaki, które wypiją 3 litry soku, zjedzą obiad z dokładką i będzie im mało. Jednak nadmiar soku może być dla dzieci niepożądany, jeśli dzieciaki nie pałają entuzjazmem do głównych posiłków. Soki owocowe zawierają baaardzo dużą ilość cukrów naturalnych i są bardzo kaloryczne. Są zdecydowanie sycącą opcją i hamują apetyt dziecka na posiłek główny. To jest właśnie nasze olśnienie od dwóch tygodni, którym dzisiaj się z Wami dzielę. Może i to jest przyczyna braku apetytu u Waszych bąbli, o którym często mi piszecie w mailach?
Zresztą, daleko szukać? Ja też lubiłam pić po szklaneczce soku rozcieńczanego wodą pół na pół i z dość miernym zapałem podchodziłam do każdego obiadu. Odkąd zamieniłam ten nawyk i piję wodę, jest lepiej. Ostatnio stawiam na warzywne smoothie. Z braku czasu znalazłam w sklepach nawet gotowe mieszanki bez dodatków, które wystarczy zmiksować z wodą. Pyyycha! Dzieciakom nie skąpię soków, ale wolę ostatnio podać owoce [zdecydowanie po obiedzie, na podwieczorek, a nie na drugie śniadanie, bo wtedy mega hamuję im apetyt na obiad].
A gdy dzieciaki mi baaardzo smęcą, że zamiast wody chcą soczku, to rozcieńczam sok tłoczony z wodą w proporcji 1:1 albo nawet 1:4. W ciągu dnia staram się nie podawać więcej jak szklanki soku. Pamiętajcie tylko, że moje dzieci apetytu raczej nie mają. Te które go mają mimo wszystko nie powinny się martwić zwiększoną jego podażą :-)
Polecam wypróbowanie tego patentu! Piszę to jako matka trzylatka, który wsunął dzisiaj prawie całą porcję pierogów ruskich, co byłoby jeszcze nie do pomyślenia dwa miesiące temu, i popił to wodą niegazowaną, o czym marzyłabym jeszcze rok temu! ;-)
Jak to powiedział kiedyś Eugeniusz Korkosz:
„Jedno ziarnko pieprzu dodaje smaku potrawie, każde następne odbiera apetyt. ” ;-)
P. S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Możecie też go podać dalej. Dziękuję! :*







